22 czerwca 2014

Jak rozpoznać antychrysta?

Antychryst nie będzie nazywany antychrystem, gdyż nie miałby wówczas żadnych zwolenników. Nie będzie nosić czerwonych rajtuz, nie będzie zionąć siarką, nie będzie też dzierżyć wideł ani wymachiwać zakończonym strzałką ogonem niczym Mefistofeles w "Fauście". Ta maskarada pomogła szatanowi przekonać ludzi o swoim nieistnieniu. Gdy nikt go nie uznaje, tym większą ma on moc. Bóg określił samego siebie mianem "Ja, który jestem"; szatan definiuje siebie jako "ja, którego nie ma".


Nigdzie w Piśmie Świętym nie znajdziemy potwierdzenia dla powszechnego mitu o szatanie jako błaźnie przebranym za pierwszego "czerwonego". Zamiast tego opisywany jest on jako upadły anioł z nieba, jako "książę tego świata", którego celem jest wmawianie ludziom, że inny świat nie istnieje. Jego logika jest prosta: jeśli nie ma nieba to nie ma też piekła; jeśli nie ma piekła to nie ma też grzechu; jeśli grzech nie istnieje, to nie ma też sędziego, a jeśli sąd nie istnieje, to zło jest dobre, a dobro - złe. Lecz przede wszystkim, ponad tymi wszystkimi opisami, nasz Zbawiciel mówi nam, iż szatan będzie tak bardzo podobny do Niego, że oszuka nawet wybrańców – i na pewno żaden szatan kiedykolwiek widziany w książkach obrazkowych nie mógłby oszukać wybrańców.
W jaki sposób zdobędzie on zwolenników dla swojej religii w dzisiejszych czasach? W czasach poprzedzających komunizm wierzono w Rosji, że pojawi się on w przebraniu Wielkiego Humanisty, że będzie mówił o pokoju, dobrobycie oraz obfitości nie jako środkach prowadzących nas do Boga, lecz rozumianych jako cel sam w sobie. Będzie pisał książki o nowej idei Boga, aby mówić ludziom to, co – w obliczu ich własnego stylu życia - chcieliby usłyszeć; wprowadzi wiarę w astrologię, aby obciążyć winą za grzechy nie ludzką wolę, a gwiazdy; będzie wynajdywał dowody psychologiczne na to, że nie istnieje wina, tylko wyparta seksualność; każe on ludziom umierać ze wstydu, gdy inni zarzucą im nietolerancję i brak liberalizmu; on sam będzie tak liberalny, że tolerancję zrówna z obojętnością wobec prawa i niesprawiedliwości, wobec błędu i prawdy. Rozpowszechni on kłamstwo, jakoby ludzie tylko wtedy mogliby stać się lepszymi, jeśli najpierw naprawią oni społeczeństwo – i w ten sposób staną się takimi egoistami, że nigdy nie zabraknie środka zapalnego do następnej wojny. Będzie wspierać naukę z tym jedynym sukcesem, że przemysł zbrojny zniszczy jeden cud nauki za pomocą innego; będzie wspierał rozwody pod pretekstem tego, że nowy partner jest „niezbędny do życia”; będzie pomnażał miłość do miłości, pomniejszając jednocześnie miłość do osoby; będzie powoływać się na religię, aby unicestwić religię; będzie nawet mówić o Chrystusie i nazywać Go największym spośród ludzi; będzie głosić, iż jego misja polega na tym, aby wyzwolić ludzi z kajdan zabobonu i faszyzmu – nie definiując nigdy tych pojęć. Będzie wymyślał zabawy dla dzieci i będzie decydował, kto może, a kto nie może pobierać się i rozwodzić, kto może urodzić dziecko, a kto nie. Uprzejmymi gestami będzie wyciągać ze swych kieszeni tabliczki czekolady dla dzieciątek i butelki z mlekiem dla Hotentotów.
Będzie kusił chrześcijan tymi samymi trzema pokusami, którymi wystawiał na próbę Chrystusa. Kuszenie do tego, aby -  jako ziemski Mesjasz – zamienił On kamienie w chleb, stanie się kuszeniem do tego, aby przefrymarczyć wolność za bezpieczeństwo, przy czym chleb stanie się polityczną bronią, gdyż tylko ci będą mogli go jeść, którzy będą myśleć tak jak on. Kuszenie Chrystusa do tego, aby zdziałał cud i aby – pokładając ufność w obietnicę [daną w Piśmie Świętym] rzucił się ze szczytu świątyni, stanie się wezwaniem do tego, aby z czystych wyżyn Prawdy, na których panuje wiara i rozsądek, rzucić się w otchłanie wypełnione masą pustych haseł i propagandy. Nie potrzebuje on głoszenia niezmiennych zasad na dziedzińcach świątyń, lecz propagandy, aby organizować tłumy, gdyż w taki właśnie sposób zwykły człowiek steruje reakcjami zwykłych ludzi. Opinie, a nie prawdy, objaśniacze, a nie nauczyciele; badania Gallupa, a nie zasady; natura, a nie łaska – za tymi złotymi cielcami zaczną podążać ludzie, odchodząc od swego Zbawiciela. Trzecie kuszenie, w którym szatan próbował skłonić Chrystusa, by oddał mu cześć w zamian za wszystkie królestwa świata, stanie się kuszeniem do tego, aby mieć nową religię bez Krzyża, liturgię bez przyszłego świata, religią, która niszczy religię lub politykę, która jest religią – taką która oddaje Cezarowi nawet to, co jest Boskie.

Wśród całej tej jego pozornej miłości do ludzkości i jego gładkiej mowy o wolności i równości ukrywać się będzie jego wielki sekret, którego nikomu on nie zdradzi: nie będzie on wierzył w Boga. Ponieważ jego religią będzie braterstwo bez ojcostwa Boga, oszuka nawet wybrańców. Ustanowi on antykościół, który będzie małpować Kościół, gdyż on, szatan, jest małpą Boga. [Ów antykościół] będzie posiadał wszystkie cechy Kościoła, ale w wypaczonej postaci, będzie też wyzuty ze swej Boskiej treści. Będzie on mistycznym ciałem antychrysta, które z wyglądu będzie bardzo przypominać mistyczne Ciało Chrystusa. . .


Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: Communism and the Conscience of the West,1948r., str. 24-25.

10 czerwca 2014

O filozofii dobroczynności

Sprawiedliwość społeczna lub społeczne panowanie Chrystusa Króla

W szerokim rozumieniu tego słowa wszystko w świecie jest sakramentem, ponieważ wszystko w świecie może się stać środkiem prowadzącym nas do Chrystusa i przyspieszającym nadejście panowania Chrystusa.

Dobroczynność zawiera w sobie filozofię, podobnie jak filozofię zawiera w sobie wszystko inne w życiu. Tę właśnie filozofię w odniesieniu do różnych tendencji we współczesnej służbie społecznej pragnę w tym rozdziale odkryć i zanalizować w świetle filozofii katolickiej.

Pierwszą tendencją w dzisiejszej dobroczynności jest dążenie do nadmiernej organizacji do tego nawet stopnia, że czyni się z niej w naszym kraju swego rodzaju wielki biznes. Od etapu kromki chleba, pieniążka wrzuconego do puszki i etapu jałmużny przeszliśmy do etapu wspomagania instytucjonalnego i naukowego. Statystyka zastąpiła współczucie, pracownicy socjalni zastąpili uczucia.

Druga tendencja w dzisiejszej dobroczynności prowadzi do deifikacji społeczeństwa kosztem jednostki. Zasada filozoficzna u podstaw tej tendencji ma na celu nie dobro wspólne, uzyskane dzięki efektywnej współpracy jednostek na rzecz dobrostanu społeczeństwa, lecz raczej ograniczenie roli jednostek na rzecz zbiorowości. Niektórzy socjaliści wprowadzają gloryfikację społeczeństwa ze szkodą dla jednostki na takie wyżyny, jakby służba Bogu polegała na służbie ludziom, co pociąga za sobą zaprzeczenie istnienia czegoś takiego, jak grzech jednostki. Jedynym grzechem staje się grzech społeczny: nielojalność wobec społeczeństwa.

Ostatnia wreszcie tendencja w dzisiejszej filantropii prowadzi do absolutności – nie w sensie dążenia do uwolnienia świata od nędzy, przestępczości i chorób, lecz w tym sensie, że złagodzenie czy częściowa eliminacja tych nieszczęść stanowi cel pełny i ostateczny. Rozdawanie chleba oznacza napełnianie pustych żołądków – nie znaczy niczego więcej i nie może znaczyć niczego więcej. Poprawa warunków życiowych to lepsze oświetlenie, lepsze pożywienie, odpowiednie ogrzewanie – i nic więcej. W tym procesie łagodzenia nieszczęść jakie trapią ludzkość zakłada się, że ludzkości przeznaczony jest jedynie czas obecny i że owoce pomocy i filantropii, jeśli sięgają poza żołądek, plac zabaw czy szpital, nigdy nie wychodzą poza formułę będącą plonem tych doświadczeń.

Prawdziwa filozofia dobroczynności nie pragnie potępiać tych obecnych tendencji i domagać się ich zniszczenia, pragnęłaby jedynie, by wzniosły się one na wyższy poziom zgodnie z tymi trzema zasadami:

  1. Dobroczynność musi być nie tylko organizowana, ale musi być organiczna.
  2. Dobroczynność musi dotyczyć nie tylko społeczeństwa, ale także poszczególnych dusz ludzkich.
  3. Dobroczynność nie może być absolutna, lecz ma być sakramentalna – nie tylko ziemska ale i niebieska.

Zorganizowana dobroczynność opiera się na założeniu, że praca charytatywna staje się zorganizowana wtedy, gdy jednostki zbierają się i jednoczą w celu zaradzenia nieszczęściom społecznym dotykającym ludzkość, podobnie jak wtedy, gdy ludzie gromadzą się, aby stworzyć jakiś klub. Następnie zakłada się, że praca charytatywna ma przebiegać w płaszczyźnie poziomej, to znaczy rozpoczyna się od ludzi i kończy na ludziach, rozwijając się od organizacji poprzez pracownika socjalnego i docierając wreszcie do znajdujących się w potrzebie.

Taka koncepcja filantropii nie jest koncepcją Chrystusową. Dla nas jej źródłem nie jest wola ludzi lecz wola Boga. Dobroczynność bierze swój początek nie od skutecznie działających ugrupowań ludzi lecz od życia boskiego, dlatego też jej postęp czy rozwój nie odbywa się w płaszczyźnie poziomej, od ludzi do ludzi, lecz w pionowej. Bierze początek na samym szczycie od Boga, a kończy się docierając do człowieka. Zgodnie z wyznawaną przez nas filozofią, dobroczynność ma swoje źródło w łonie Boga w Trójcy Jedynego, gdyż dobroczynność to definicja Boga miłosiernego. Jest więc ona nie pozioma, biegnąca od ludzi z sercem do ludzi w potrzebie, lecz pionowa, sięgająca od niewyczerpanego źródła miłosierdzia, Boga Samego, w dół do członków mistycznego ciała, poprzez Wcielenie. Dobroczynność przeto nie jest czymś zorganizowanym, ani też dzieło dobroczynne nie jest wykonywane poprzez organizacje. Pierwsza instytucja dobroczynna znajdowała się w Betlejem. Nad jej pierwszym przypadkiem nadal pracujemy – a jest nim zbawienie ludzkości poprzez nieskończone życie Jezusa Chrystusa.

Jeżeli niektórzy członkowie społeczeństwa Chrystusowego są spragnieni, głodni czy w potrzebie – to my, całe ciało, jesteśmy spragnieni, głodni i w potrzebie, ponieważ jesteśmy jedni członkami drugich w ciele Chrystusa. Ich potrzeby, ich pragnienia nie są ich lecz naszymi i żadne działanie charytatywne nie może się zwać chrześcijańskim, jeśli sobie tego nie uprzytomnimy. Tak przeto cierpienia biednych, słabych członków ciała mistycznego są naszymi cierpieniami, a cierpienia ciała są cierpieniami Chrystusa. Jest takie uczucie miłosierdzia, z boskiej inspiracji, które każe nam kochać tych wszystkich, którzy są blisko nas i którzy są bliscy naszemu sercu. Obok tego uczucia miłosierdzia istnieje obowiązek miłosierdzia, wynikający nie z naszej naturalnej miłości do siebie nawzajem, lecz z boskiej miłości Chrystusa do członków Jego ciała. Wiele może być w ludziach tego, co warte jest miłości, nawet gdy wynika to z motywów czysto ludzkich, ale niewiele jest do miłowania w tych nieszczęśnikach, którzy przychodzą do instytucji charytatywnych. Jeśli mamy ich kochać, to inspiracja musi pochodzić od Tego, Który jako pierwszy pokochał tego, kto nie jest wart miłości – to znaczy od Chrystusa który nas pokochał – więc jeśli pracownik socjalny nie ujrzy Chrystusa w człowieku w biedzie, to nie wytrwa w miłości do człowieka w biedzie.

Prawdziwa filozofia dobroczynności nie może przyjąć bez poprawek dzisiejszej tendencji, aby za absolutny cel dobroczynności uważać złagodzenie nieszczęść jakie trapią ludzkość, ani też nie może uważać za ideał społeczeństwa wolnego od chorób, szpitali i więzień – nie dlatego, by taki ideał był czymś złym, ale dlatego, że jest on niepełny. Doktryna katolickiej filozofii dobroczynności stanowi, że złagodzenie nieszczęść dotykających rodzaj ludzki i zwalczenie chorób nie są celami samymi w sobie, lecz raczej środkami wiodącymi do celu. Innymi słowy, filantropia w swym celu nie jest absolutna lecz sakramentalna. Ściśle mówiąc, istnieje siedem sakramentów – rzeczy materialnych stosowanych jako środki uświęcenia duchowego. W szerokim rozumieniu tego słowa, wszystko na świecie jest sakramentem, ponieważ ze wszystkiego na świecie można uczynić środek prowadzący nas do Chrystusa i przyspieszający nadejście panowania Chrystusa.

To właśnie ten sakramentalny, przejrzysty charakter filantropii nadaje godności i wartości jej stronie trudnej i mało atrakcyjnej. I to miłość do społeczeństwa pozwala na to, aby niektórzy ludzie uwalniali się od swego egocentryzmu i egoizmu… Ale jeśli w społeczeństwie nie ma Chrystusa, jeśli nie istnieje nic poza społeczeństwem, to gdzie może ono odnaleźć to coś, co sprawi, że zapomni ono o swoim egocentryzmie i egoizmie?

Ludzie zaangażowani w dobroczynność muszą więc zanurzyć się w tych wielkich Jego dokonaniach. Po pierwsze, musimy Mu oddać naszą własną ludzką naturę, tak, aby mógł prowadzić dalej dzieło Swego Wcielenia – tę ludzką naturę, w której może On odwiedzać chorych, nauczać nieświadomych, doradzać wątpiącym, otwierać niewidzące oczy na światło Jego światła słonecznego i uszy niesłyszące na muzykę ludzkiego głosu. Po drugie, trzeba, abyśmy posługiwali się tym, co posiadamy, naszymi talentami, jako swego rodzaju sakramentami, poprzez które wypowiadane są uświęcające słowa: Ofiaruję to przez wzgląd na Ciebie, O Panie!, tak aby cały wszechświat stał się sakramentem na Jego Cześć i dla Jego Chwały.

Taka jest filozofia katolickiej dobroczynności. Nigdy nie było zupełnie słuszne mniemanie, jakoby Bóg mieszkał w Swoim Niebie, a na świecie wszystko działo się tak, jak należy; Chrystus bowiem opuścił niebiosa po to, aby naprawić świat i Chrystus mieszka pośród nas.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Przekład: Monika Beyer

Źródło: www.remnantnewspaper.com (opracowanie oryginału: Connie Bagnoli na podstawie Old Errors and New Labels, 1931)

3 czerwca 2014

Kobieta, którą kocham

Po tym, jak przeszedłem operację na otwartym sercu, w ciągu pierwszych czterech miesięcy, które spędziłem w szpitalu, stopniowo uświadamiałem sobie, że Maryja daje nie tylko słodycze; czasem daje Ona również gorzkie lekarstwa. Nie mogę nie wspomnieć, że w trzech dniach poświęconych Najświętszej Maryi Pannie stałem u wrót śmierci i znosiłem wielkie cierpienia. Pierwszym z tych trzech dni było Święto Matki Boskiej z Góry Karmel, 16 lipca, gdy lekarze trwali przy mnie dzień i noc próbując zachować ledwie drgającą iskrę życia. Później miała miejsce następna operacja, w Święto Wniebowzięcia, 15 sierpnia, i wszczepienie rozrusznika. Zacząłem odczuwać wówczas rodzaj świętego strachu przed tym, co mogło nastąpić 8 września, w którym to dniu Kościół świętuje Jej Narodziny. Zgodnie z przeczuciem, rozwinęła się tego dnia infekcja nerek, która sprawiła, że przez kilka tygodni poddawany byłem nowym torturom.

Gdy zdałem sobie sprawę z koincydencji maryjnych świąt kościelnych i mojej wymuszonej solidarności z Krzyżem, przyjąłem to jako znak szczególnego upodobania Maryi. Skoro Pan wezwał Ją, która nie zasłużyła na ból, aby stała u stóp Krzyża, dlaczego nie miałby On wezwać mnie? Skoro wyraziłem moją miłość do Niej jako Matki Kapłaństwa, dlaczego Ona, w Swej matczynej miłości, nie miałaby uczynić mnie bardziej podobnym do Swojego Syna, zmuszając mnie, bym stał się żertwą? Skoro zgodziła się Ona współcierpieć z Nim na Golgocie, dlaczego Ta, którą czczę jako Niebieską Matkę, miałaby okazać obojętność na widok wizerunku Jej Syna jeszcze mocniej odciśniętego w mojej duszy? Skoro moja własna ziemska matka położyła mnie na Jej ołtarzu po moich narodzinach, dlaczego moja Niebieska Matka nie miałaby mnie położyć na Jego Krzyżu, gdy zbliżam się do kresu mego życia?

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: Treasure in Clay. The Autobiography of Fulton J. Sheen, rozdział XX - The Woman I Love, 2008r., str. 339-342.