7 lutego 2013

Oderwanie

Wielu ludziom życie zdaje się być nużącym i bez wyrazu: zastanawiają się oni, dlaczego nie wzrastają, nie rozwijają się, dlaczego nie stają się lepsi ani nie uczą się niczego. Wydaje się im, że znajdują się w koleinie. Chcieliby wiedzieć, jak mogą się z niej wydostać.

Odpowiedź na ten problem jest bardzo prosta, mimo iż zastosowanie jej nigdy łatwe nie jest. Tym, czego potrzebują mężczyźni i kobiety, jest oderwanie się.

Oderwanie się polega na przecięciu wszystkich uziemiających nas więzów. W ten sposób pozwalamy duszy wznieść się w górze ku Bogu. Jesteśmy jak balony; możemy być przytrzymywani w dole przez stalowe kable lub przy pomocy czegoś tak cienkiego jak nić pajęczyny, lecz dopóki nie są one przecięte, nigdy nie będziemy wolni od przywiązania się do codziennych rzeczy, które nas więżą, czyniąc z nas niewolników.

Dusze mogą być związane z wielką ilością trywialnych, kurczowo trzymających je rzeczy w świecie zewnętrznym. Mogą być one uzależnić się od serii następujących po sobie przyjemności, od podniecenia, od cogodzinnych porcji wiadomości, od koktajlowych przyjęć, w efekcie czego życie wewnętrzne nie ma czasu na to, aby istnieć. Gdy tylko zaczynamy być zależni od jakiejś zewnętrznej rzeczy i nie możemy znaleźć szczęścia poza nią, nasze wewnętrzne życie ulega zredukowaniu: wszystkie te dodatki, które ciało musi posiadać, przepełniają duszę. Zdanie: "mogę po to sięgnąć, ale nie muszę" pasuje do wielu rzeczy oprócz drinków; powinna to być nasza postawa wobec każdego zewnętrznego rekwizytu szczęśliwości.

Jeśli "potrzebujemy" rzeczy zewnętrznych, zostajemy dosłownie przez nie pochłonięci, a nasze własne osobowości ulegają rozproszeniu. Jesteśmy niczym studnia pompowana tak często, że wszystkie jej wody zostały wchłonięte przez glinę. Niektórzy ludzie tak dalece dają się pochłonąć rzeczom zewnętrznym, że - gdy zostaną pozbawieni niektórych przyjemności lub przedmiotów - czują, że właściwie nie istnieją. Nauczyli się oni oceniać swą własną wartość w kategoriach posiadania, a nie w kategoriach bycia. Takie dusze, gdy zostaną pozbawione swoich oszczędności lub majątku, mogą popełnić samobójstwo; ich lojalność względem rzeczy jest tak wielka, że zatracili wszelką świadomość swojej prawdziwej relacji z Bogiem.

Lekarstwem na taki niebezpieczny i nieszczęśliwy stan przywiązania jest stopniowe rozluźnianie więzów, które łączą nas z zewnętrznymi rzeczami. Musimy przestać być owładniętymi przez te rzeczy....przez alkohol, hałas, sukces lub przyjemność. Nawet w tak prostych rzeczach jak sięgnięcie po papierosa, jest rzeczą roztropną, aby człowiek zadecydował się to uczynić lub nie, zamiast reagować na bodziec za każdym razem, gdy on się pojawi. Od czasu do czasu dobrze jest odmawiać sobie nawet przyjemności nieszkodliwych i zgodnych z prawem, abyśmy nie uzależnili się ani od nich, ani od naszych egoistycznych zachcianek. Albowiem człowiek, który żyje tylko dla swych własnych impulsów, ma bardzo złe towarzystwo. 

Niektóre ludy Australii nie wiedzą jak liczyć do więcej niż trzech. Mówią: "Jeden. Dwa. Trzy. Dosyć". Ich filozofia ekonomiczna nakłada granice na rzeczy zewnętrzne i prawdopodobnie są oni dzięki temu bardziej beztroscy niż my, którzy liczymy w miliardach.

Ludzie żyją swoimi pragnieniami, lecz możemy wybrać czy chcemy żyć pragnieniami ducha, czy świata. Mężczyzna lub kobieta, którzy pod koniec dnia mogą doliczyć się pięciu sytuacji, w których nie poddali się zachciance danej chwili, są na drodze do wewnętrznego rozwoju; powstrzymali się i odrzucili niewolnictwo względem rzeczy. 

Przywiązanie jest ograniczające, natomiast oderwanie czyni nas bardziej wolnymi. Materialista ma ograniczoną osobowość, gdyż żyje on w zamkniętym wszechświecie nie większym, niż rzeczy, których może sięgnąć swymi zmysłami. Egotyk żyje w jeszcze ciaśniejszym świecie: w wyściełanej komórce swojego własnego egoizmu. Człowiek wierzący wydostał się na wolność - może swobodnie wznosić się ku Niebu na ziemi, gdzie jego natura może rozprężać się ku nieograniczonej i bezinteresownej radości.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: "Way to Happiness", 1954r., str. 28-29.

5 lutego 2013

Mili ludzie

Wprowadzeniem do tego tematu może być historia egotyka, który poszedł do lekarza narzekając na ból głowy. Lekarz, zbadawszy go, spytał: "Czy odczuwa pan przykry ból w okolicach czoła?" "Tak" - odpowiedział pacjent. "I pulsujący ból w tyle głowy?" "Tak". "I przeszywający ból tu z boku?" "Tak". Lekarz wyjaśnił: "Pańska aureola jest zbyt ciasno nałożona".

Faktem jest, że niemal każdy w dzisiejszych czasach wierzy, że ma aureolę. Jeśli nie bierze się ona z cnoty, pochodzi przynajmniej od szamponu. Mark Twain powiedział kiedyś: "Gdy myślę o tym, jak wielu niemiłych ludzi poszło - jak mi powiedziano - do nieba, czuję się zmobilizowany do tego, aby wieść lepsze życie". 


Należy dokonać rozróżnienia między "miłymi" ludźmi i "okropnymi" ludźmi.


Mili ludzie myślą, że są dobrzy; okropni ludzie wiedzą, że tacy nie są. Mili ludzie nigdy nie wierzą, że czynią źle lub że łamią jakieś przykazanie albo że są winni pogwałcenia prawa moralnego. Jeśli czynią coś, co rozum nazwałby złym, mają setki sposobów na usprawiedliwianie się. Dobro jest zawsze w nich samych, lecz zło spowodowane jest czymś poza nimi. Niektórzy mówią, że bierze się ono z warunków ekonomicznych: ktoś powie "Urodziłem się w zbyt zamożnej rodzinie", a ktoś inny: "urodziłem się w zbyt ubogiej rodzinie". Psychologia również świetnie się nadaje do usprawiedliwiania swoich win, np: "Mam kompleks Edypa" lub "kompleks Elektry" albo "mam kompleks niższości".


Okropni ludzie, w przeciwieństwie do miłych, zazwyczaj nie są wystarczająco bogaci, aby poddać się psychoanalizie; nigdy nie zostali przedstawieni własnej podświadomości i myślą o sobie, że są po prostu w zwyczajny sposób źli. Mili ludzie oceniają siebie według wad, od których się powstrzymują; okropni ludzie oceniają siebie według cnót, w których upadli. Gdy miła osoba widzi, jak drugi człowiek robi coś, co ona postrzega za złe, zaczyna krytykować; gdy okropna osoba widzi człowieka, który idzie na śmierć na szafot, powtarza za św. Filipem Neri: "Oto ja tam idę, gdyby nie łaska Boża". Gdy miła osoba naprawdę grzeszy, mówi: "Ale ze mnie głupiec". Gdy okropna osoba grzeszy, mówi: "ale ze mnie grzesznik".


Mili ludzie zawsze przestrzegają etyki społecznej ortodoksji lub konwencji. Mniej snu z powiek spędza im fałszowanie zeznania podatkowego niż założenie na bankiet białego krawata zamiast czarnego i bardziej są zgorszeni gramatycznym błędem popełnionym przez kaznodzieję niż jego fałszywą doktryną. Wyrafinowanie i respekt stanowią w ich dobroci szerszy koncept, a społecznym konwenansom nadaje się rangę Boskiego Przykazania; to, co jest powszechnie uznawane lub przyjmowane za zwyczaj, nie jest złe. Żyjąc w społeczeństwie, w którym rozwody są powszechne, mili ludzie mówią: "Ach, każdy tak robi, dlatego rozwód jest czymś dobrym". Mili ludzie myślą, że idą prosto, ponieważ obracają się w najlepszych kręgach; okropni ludzie to ci, których wady są widoczne i którzy z reguły nie dorównują poziomowi społecznej konwencji. Gdy mili ludzie łamią wszystkie Boże przykazania, ich przyjaciele mówią, że: "ona jest tak miła" lub "on jest tak miły"; gdy okropni ludzie łamią któreś z przykazań w bardziej rażący sposób, przypinana jest im etykietka człowieka "podłego i niewyrafinowanego". Mili ludzie kochają czytać skandaliczne historie o złośliwych ludziach, gdyż poprawiają one ich samopoczucie. W rzeczywistości mili ludzie to ci, których grzechy nie wyszły na jaw; ludzie okropni to ci, których grzechy zostały ujawnione.


W społeczeństwie nie ma miejsca dla tych, którzy są zbyt dobrzy lub dla tych, którzy są zbyt źli. Przetrwać mogą tylko ludzie przeciętni. To dlatego na Golgocie Pan Jezus został ukrzyżowany z dwoma łotrami. Tamci byli zbyt źli dla konwencjonalnej moralności; Pan Jezus był zbyt dobry. W czasie swojego życia, Chrystus często był kojarzony z tymi "okropnymi ludźmi". Opowiedział historię o synu marnotrawnym, który przedkładany był nad swego cnotliwego brata. Pochwalił syna, który zbuntował się i odpokutował a nie tego, który deklarował lojalność, a potem upadł. Cieszył się zagubioną owcą, która się odnalazła i utraconą monetą, która została odzyskana, ponieważ Ewangelia, którą głosił, nie była potępieniem oczywistej niegodziwości, lecz raczej potępieniem rzucającej się w oczy dobroci. 


Jedno z pięknych zdarzeń w Jego życiu dotyczyło miłych ludzi i okropnych ludzi. Zdarzyło się to po tym, jak nasz Zbawiciel spędził noc na modlitwie w Ogrodzie Oliwnym i przyszedł wczesnym rankiem do Świątyni z okazji wielkiego Święta Namiotów. Jest wielce prawdopodobne, że gdy w mieście gromadziły się dziesiątki tysięcy ludzi, w radości świętowania mógł zdarzyć się jeden lub drugi przypadek nadużycia lub rażącego pogwałcenia moralności. 


W każdym razie, bardzo mili ludzie, skrybowie i Faryzeusze, znaleźli kobietę, którą przyłapali na akcie cudzołóstwa. Interesujące było, że przyłapali ją na tym akcie i byli nie tyle poruszeni okropieństwem tego grzechu, ile chęcią złapania jej i schwytania Jezusa w pułapkę Jego własnych słów. Wyciągając ją z jej schronienia, przyprowadzili ją na święty dziedziniec Świątyni, poddając tę obdartą, potarganą, przerażoną kobietę zimnej i lubieżnej ciekawości swoich złośliwych towarzyszy.


Oskarżenie przeciw tej kobiecie było sformułowane w taki sposób, aby raczej oskarżyć Jego, a nie ją, i aby stworzyć wrażenie, że pogwałcił On albo prawo Mojżesza, albo prawo Rzymian, którzy podbili ten kraj. Zaczęli mówić: "Prawo Mojżeszowe nakazuje, aby ukamienować tę kobietę. Co Ty na to?". Prawo Mojżeszowe faktycznie nakazywało kamienowanie takich kobiet, gdyż tego rodzaju sugestie znaleźć można w Księdze Powtórzonego Prawa i w Księdze Kapłańskiej. Lecz prawo to było podówczas już tylko martwą literą. W praktyce mówili do naszego Pana: "Mówisz, że pochodzisz od Boga, że jesteś Synem Bożym. Prawo Mojżesza pochodzi od Boga. Jeśli pochodzisz od Boga i prawo Mojżesza pochodzi od Boga, wówczas nakaż, aby ta kobieta została ukamienowana. Skaż ją na śmierć". 


Lecz była to tylko część ich sztuczki. Od kilku dziesięcioleci, od kiedy Rzymianie objęli panowanie w ich kraju, tylko rzymskie władze mogły posłać kogoś na śmierć. Gdyby zatem skazał tę kobietę na śmierć zachowując posłuszeństwo prawu Mojżesza, donieśliby na Niego do Poncjusza Piłata, który z kolei oskarżyłby Go o pogwałcenie prawa Cezara.


W każdym razie myśleli, że złapali Go w pułapkę. Gdyby ukamienował tę kobietę, byłby winien zdrady przeciw Cezarowi; gdyby wypuścił tę kobietę, byłby winien herezji przeciw Mojżeszowi. Był to rodzaj dylematu między sprawiedliwością i miłosierdziem. Gdyby potępił tę kobietę, nie byłby miłosierny, a twierdził, że jest miłosierny. Gdyby ją wypuścił, nie byłby sprawiedliwy, a utrzymywał, że jest sprawiedliwy.


W odpowiedzi na ten dylemat nasz Zbawiciel pochylił się do przodu i zaczął przesuwać swym palcem po kurzu, który leżał na podłodze Świątyni. Jest to jedyny opisany przypadek w Jego życiu, w którym coś pisał. Co pisał? Nie wiemy, lecz wiemy, że dwa razy pochylił się do przodu i dwa razy pisał coś w kurzu. Możemy zgadywać, że za pierwszym razem zapisał w kurzu grzechy tej kobiety, a delikatny wiatr nagle się zerwał, aby zdmuchnąć to, co zostało napisane.


Gdy On pisał, oni nastawali ze swymi pytaniami: "Co powiesz o prawie Mojżeszowym?". On spojrzał na nich i dał im swoją odpowiedź: "Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem". Nie odwoływał prawa Mojżeszowego. Domagał się powołania nowego składu sędziowskiego; pytał, czy kobieta ta mogła zostać należycie osądzona przez tych, którzy popełnili grzechy przeciwne jej grzechom. Było w niej zbyt dużo uczuć; oni mieli ich zbyt mało. Ona zgrzeszyła nadmierną miłością; oni zgrzeszyli jej brakiem. Nowi oprawcy zostali wezwani do Mojżeszowej dyspensy. Chrystus ogłosił, że tylko niewinni mają prawo, aby potępiać, a Ten, który był Samą Niewinnością, nie potępił jej, ponieważ pewnego dnia miał umrzeć za nią i za wszystkich innych grzeszników.


Posłyszawszy Jego słowa, mili ludzie zaczęli spoglądać na siebie, aby zobaczyć, czy znalazłby się wśród nich człowiek wystarczająco odważny, który mógłby powiedzieć, że nie jest winien żadnego grzechu. Żaden z nich nie odszedł. Nasz Pan pochylił się raz jeszcze i pisał - i tym razem wierzymy, że zapisał grzechy wszystkich miłych ludzi - grzechy, które jeszcze nie wyszły na jaw. Gdy ujrzeli swe grzechy wystawione na widok publiczny, zaczęli odchodzić jeden po drugim, poczynając od najstarszego. Można sobie wyobrazić, jak Jezus spojrzał na jednego z nich swoim głębokim, przenikliwym wzrokiem, który poprzedza sąd, a potem pisał w kurzu. Tym razem nie było wiatru, który mógł zdmuchnąć oskarżenia. Napisał: "Złodziej". Miły człowiek upuścił swój kamień i odszedł. Spoglądając na drugiego faryzeusza i czytając w jego duszy, nasz Pan napisał: "Morderca". Ten upuścił swój kamień i odszedł. Pozostał tylko jeden - najmłodszy i najbogatszy ze wszystkich. Wziął już kamień z ręki swojego sąsiada i ważył go w dłoni, aby zobaczyć, czy jest on cięższy od kamienia, który przedtem trzymał, a potem oddał lżejszy kamień, aby rzucić cięższym w kobietę. Nasz Pan spojrzał mu w oczy, poznał jego grzech i napisał po raz trzeci: "Cudzołożnik". Ten szybko odrzucił swój kamień i uciekł.


W Świątyni pozostali tylko grzesznica i Jezus: miseria et misericordia; nędza i miłosierdzie, stworzenie godne pożałowania i współczucie. Zwracając się do niej słowem, którego raz użył w odniesieniu do swojej Matki w Kanie i którego miał użyć raz jeszcze na Krzyżu, zapytał: "Niewiasto, gdzie są ci, którzy cię potępiają?". Odpowiedziała: "Nie ma ich tu, mój Panie". Odpowiedział: "I ja cię nie potępiam. Idź i nie grzesz więcej."





Nie zlekceważył On jej grzechu, gdyż już niewiele czasu zostało do chwili, w której miał zań zapłacić na Krzyżu. Tym, co zrobił, było uświadomienie miłym ludziom ich grzechów i zapytanie: "czy nie ma ubogich wokół ich bram, którzy nie są nakarmieni, albo chorych, którzy pozbawieni są opieki, albo dusz, którym brakuje nauczania?" "Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem". Czyż ich własna beznamiętność nie była odpowiedzialna za namiętność tej kobiety, i czyż zaniedbywanie przez nich biednych nie przyczyniło się do jej grzesznego upadku? Jakaż szkoda, że ci mili ludzie nie wiedzieli nic o kompleksie Edypa! Mogliby powiedzieć, że to "kompleks matki" był odpowiedzialny za ich zachowanie. Mili ludzie, uznani za winnych przez własne sumienie, opuszczają Go. Okropni ludzie, których symbolizuje owa kobieta, pozostają. Okropnych ludzi, którzy pozostają, napomina On, aby zerwali nie tylko z jednym konkretnym grzechem, lecz ze wszystkimi grzechami.


Mili ludzie nie znajdują Boga, ponieważ wypierając się własnej winy, nie potrzebują oni Odkupiciela. Okropni ludzie, którzy są zmysłowi, zapalczywi, spaczeni, samotni, słabi, lecz którzy próbują stać się dobrymi, zdają sobie szybko sprawę, że potrzebują pomocy z zewnątrz, że sami sobie nie poradzą w dążeniu do dobra. Ich grzech tworzy pustkę. Od tego momentu, podobnie jak kobieta przyłapana na grzechu, istnieje wybór: "Chrystus albo nic". 


Cóż za niespodzianki będą w dniu Sądu Ostatecznego, gdy okropni ludzie znajdą się w Królestwie Niebieskim: "Jawnogrzesznice i poborcy podatkowi wejdą do Królestwa Niebieskiego przed Skrybami i Faryzeuszami". Niespodzianka będzie trojaka: po pierwsze, zobaczymy tam wielu ludzi, których nigdy nie spodziewaliśmy się tam zobaczyć. O niektórych z nich powiemy: "Jak on tu wszedł? Chwała niech będzie Bogu, spójrzcie na nią!". Drugą niespodzianką będzie nieobecność wielu miłych ludzi, których spodziewaliśmy się tam ujrzeć. Lecz niespodzianki te będą niczym w porównaniu z trzecią i największą niespodzianką ze wszystkich: tą niespodzianką będzie, że my tam będziemy.


Arcybiskup Fulton J. Sheen


Źródło: "Life is Worth Living",1953r., str. 217-222.

2 lutego 2013

Nierozerwalne więzy

Gdyby podstawą małżeństwa był seks, wówczas byłoby ono czymś tak rozwiązłym, jak spółkowanie zwierząt. Skoro małżeństwo opiera się na miłości, jest ono nierozerwalne. Małżeństwo opierające się wyłącznie na seksie przypomina ustanowienie dożywotniego stowarzyszenia miłości do ping-ponga. Przyjdą dni, których nie możemy grać, nadejdą inne dni, w których zmęczymy się graniem i jeszcze inne dni, w których będziemy chcieli pograć w coś innego lub zagrać z kimś innym. Utożsamianie małżeństwa z przyjemnością, którą małżeństwo przynosi, jest nieporozumieniem. W takim przypadku, gdy pierwsze ekscytacje przeminą po kilku latach, powstaje wrażenie, że więź nie jest w stanie dłużej przetrwać. Mówimy, że nie kochamy już siebie nawzajem, gdy mamy na myśli, że wymiana egoistycznych przyjemności nie przynosi nam już satysfakcji. Zawarcie powtórnego małżeństwa, gdy prawdziwy współmałżonek wciąż żyje, jest próżnym usiłowaniem nadania godności czynowi haniebnemu poprzez powoływanie się na ludzkie prawo, które obala prawo Boże: "A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela" (Mt 19:6). Sam fakt, że pierwsze małżeństwo, zrodzone w miłości, może zostać zerwane dla drugiego małżeństwa, pożądanego w miłości, dowodzi, że najpiękniejsze słowo w naszym języku zostało wypaczone przez kłamstwo szatana. To, co nazywane jest dziś "miłością" jest często niczym więcej niż pogmatwaną mieszaniną sentymentalnego patosu, zamaskowanego egoizmu, freudowskich kompleksów, sfrustrowanego życia i słabości charakteru. 

Podstawą jedności jest fakt, że w więzi małżeńskiej dwie osoby zostają ze sobą złączone, aby stać się "jednym ciałem". Ta nienaruszalna więź, według naszego Boskiego Zbawiciela, nie tylko wyklucza pożądanie innego partnera, lecz również wchodzenie w inny związek za życia współmałżonka. Nasz Pan zabronił nawet bezprawnych pragnień: "A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił cudzołóstwa" (Mt 5:28). Słowa te nie mogą zostać unieważnione nawet przy zgodzie współmałżonka, gdyż wyrażają one prawo Boga i natury, którego nikt nie może złamać. Chrystus wprost zabronił zawierania powtórnego małżeństwa, gdy pierwsze wciąż trwa. Mimo iż może istnieć uzasadniona przyczyna separacji współmałżonków, nie daje to żadnemu z nich prawa do wstąpienia w ponowny związek małżeński.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: "Three to Get Married", 1951r., strona nieznana.