czwartek, 24 stycznia 2013

Ego i prawo moralne

Wielcy psychologowie wszechczasów zgodzili się powszechnie, że u podstaw wszelkiej nieszczęśliwości leży samolubstwo i egotyzm. Egotyzm jest odrzuceniem podwójnego przykazania, aby kochać Boga i bliźniego oraz afirmacją swojego ego jako standardu wszelkiej prawdy i moralności.

Ci, którzy żyją zamknięci w swoim ego, przechodzą przez trzy mentalne etapy, z których pierwszym jest folgowanie samemu sobie. Gdy ego zostanie uczynione arbitrem i uznane za najwyższą doskonałość, wówczas każda inna osoba, wydarzenie i rzecz staje się środkiem służącym zaspokojeniu ego. W młodości ego pożąda zaspokojenia w sferze własnego ciała, nie zważając na osoby; w wieku średnim pożąda ono władzy, a w wieku podeszłym często ulega sublimacji w chciwość i umiłowanie "zabezpieczenia". Ci, którzy negują nieśmiertelność dusz, prawie zawsze wierzą w zastępstwie w nieśmiertelność środków utrzymania. 

Ponieważ folgowanie samemu sobie nie może trwać bez końca, nie tylko dlatego, że generuje ono konflikty z innymi osobami folgującymi samym sobie, lecz także dlatego, iż przyjemność maleje w miarę konsumpcji, ego w końcu zstępuje do drugiego etapu mentalnego, którym jest strach. Strach jest skamieliną miłości własnej. Człowiek, którego życie było najbardziej uzewnętrznione poprzez nieustanne poszukiwanie przyjemności wyłącznie poza samym sobą, jest najbardziej podatny na strach przed utratą, ponieważ ulokował swoje zaufanie w tych rzeczach, które najmniej podlegają kontroli jego woli. Im bardziej człowiek opiera się na kiju należącym do innego egotyka, tym bardziej narażony jest na to, że kij ten zostanie spod niego usunięty, a w rezultacie upadnie on! Rozczarowanie jest udziałem tych, którzy żyją całkowicie w sferze zmysłów. Każdy pesymista jest sfrustrowanym hedonistą!

Rozczarowanie, przesyt i znużenie generują strach. Im większy jest egotyzm, tym większy jest strach; im bardziej samolubna jest dana osoba, tym czarniejsze są jego obawy. Całe otoczenie czernieje od wrogów: "Wszyscy są przeciwko mnie!". Niektórzy obawiają się starości, inni śmierci, jeszcze inni samobójstwa, aż wreszcie zagnieżdża się rozpacz; ego skazane jest na swoje własne zasoby, aż w końcu musi przyznać, że zasoby te są równe zeru.

Trzecim etapem jest ignorancja. Ponieważ egotyzm zrywa komunię z Bogiem i z bliźnim, odcina również wiedzę, która płynie z obu tych źródeł. Tym, co zostaje, jest wyłącznie wiedza o swojej własnej nędzy. Ego staje się coraz bardziej nieświadome swojego przeznaczenia i celu w życiu. Może ono gromadzić fakty, lecz nie jest w stanie ich połączyć. Jego wiedza przypomina zajęcia na uniwersytecie, na które się uczęszcza, aby zdobyć zaliczenie, lecz nie dają one filozofii życia. Ignorancja rośnie wraz z tym, jak człowiek poznaje coraz większą ilość rzeczy, których nie da się ze sobą powiązać. Mądry człowiek zna tylko jedną rzecz, którą jest Dobro, a wszystko inne jest w nim zjednoczone. Lecz ignorancja egotyka czyni go zgorzkniałym i cynicznym: po pierwsze dlatego, że nigdy nie może się on uwolnić od pragnienia Dobra, które Bóg zaszczepił w jego duszy, a po drugie dlatego, że wie on, iż nie jest już w stanie go pragnąć.

Istnieje lekarstwo na owe tragiczne skutki egoizmu. Chrześcijaństwo, w przedziwny sposób, zaczyna się od założenia, że ludzie są samolubni. Boskie przykazanie miłowania Boga i bliźniego jak siebie samego zakłada właśnie to, że człowiek kocha samego siebie. Te trzy małe słowa: jak siebie samego kruszą wszelki egoizm. Stawiają one pytanie, w jaki sposób człowiek kocha samego siebie. Zawsze istnieje coś, co człowiek w sobie lubi i coś, czego w sobie nie lubi. Lubi swoje życie, więc siada w wygodnym krześle, zakłada ubrania, które dobrze na nim leżą, karmi swoje ciało itd. Lecz istnieje coś, czego w sobie nie lubi. Nie lubi się, gdy robi z siebie głupca lub gdy obraża swojego przyjaciela. Innymi słowy, lubi on siebie jako istotę stworzoną na obraz i podobieństwo Boga. Nie lubi siebie, gdy niszczy ten wizerunek. W taki sam sposób należy kochać bliźniego. Należy go kochać jako osobę; nawet jako grzesznika, gdyż grzesznik jest osobą. Lecz jego grzechu nie wolno kochać, gdyż grzech jest zamazaniem Boskiego podobieństwa. Mówiąc bardziej konkretnie, należy kochać komunistów i nienawidzić komunizmu. 

Istnieje tylko jedna ucieczka od tego prawa - spierać się na temat tego, kto jest bliźnim, jak czynił to uczony w Prawie. Nasz Pan odpowiedział, że bliźnim niekoniecznie jest ten, kto mieszka w domu obok. Jest nim ten, kogo postrzegamy jako wroga. Lecz nasz Pan nie wykluczył możliwości, że nasz wróg mieszka w sąsiednim domu!

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: "Way to Happiness", 1954r., str. 26-27.


środa, 23 stycznia 2013

Powody i wymówki

Powód jest czymś, co podajemy, zanim osiągniemy pewien cel; wymówka jest czymś, co podajemy, aby usprawiedliwić nieosiągnięcie danego celu. Powody są z reguły szczere; wymówki są zazwyczaj racjonalizacją naszego postępowania. Powód jest rzeczywistością; wymówka jest wymysłem lub, w najlepszym razie, kiepskim powodem.

(...)

Nie istnieje dziedzina, w której podaje się więcej wymówek niż w królestwie spraw duchowych i moralności. Każda wymówka jest dobra, gdy chodzi o przyjmowanie słowa Bożego, które żąda przebicia balonu pychy i porzucenia niedozwolonych uciech cielesnych. To dlatego musi istnieć Dzień Sądu, aby wysłać wymówki do piekła i powody do Nieba.


Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: "Guide to Contentment", 1970r., str. 88-89.

środa, 16 stycznia 2013

Humphrey Bogart

Gdy udzielałem lekcji katechezy słynnemu scenarzyście teatralnemu, Jo Mielzinerowi, pewnego dnia zadzwoniłem do drzwi jego mieszkania, a on otworzył mi i powiedział, że właśnie wpadł do niego Humphrey Bogart. Jo poinformował Bogarta, że przyjdę, aby nauczać go katechezy i że może zostać i posłuchać, jeśli ma ochotę. Ewentualnie może przejść do drugiego pokoju i poczekać. Bogart odrzekł: "Dlaczego miałbym słuchać katolickiego księdza? Wiem więcej o Kościele katolickim niż jakikolwiek ksiądz". Udałem, że nic nie wiem o tej wymianie zdań, a gdy wszedłem do pokoju, w którym siedziało kilka osób, tocząca się właśnie dyskusja dotyczyła powieści. Stwierdziłem, że nie czytałem żadnej z powieści, o których była mowa. "Być może mam to po moim ojcu" - powiedziałem" - "gdyż on również nigdy nie czytał powieści". Humphrey Bogart, który chwilę wcześniej przechwalał się swoją wielką wiedzą o Kościele katolickim, zapytał: "Czy twój ojciec również był księdzem?".





Arcybiskup Fulton J. Sheen


Źródło: "Treasure in Clay. The Autobiography of Fulton J. Sheen", 2008r., str. 82.

sobota, 12 stycznia 2013

Biskupi

Wierzę, że biskupi są silni pod dwoma warunkami: pierwszym warunkiem jest oparcie się na Piotrze i jego następcach. Nasz Zbawiciel powiedział: "szatan domagał się, aby was przesiać jak pszenicę". Nie ma dowodu na to, że nasz Zbawiciel zaprzeczył temu, iż będą miały miejsce diabelskie próby i poddawanie testom; istnieje nawet sugestia, że dopuścił je On. Mimo iż zgromadzeni byli inni apostołowie, Chrystus powiedział do Piotra: "prosiłem za tobą". Nasz Pan nie powiedział: "będę się modlić za was wszystkich". Modlił się On za Piotra, aby jego wiara nie zawiodła i po tym, jak podniósł się on ze swego upadku, utwierdzał w wierze swych braci. Myślę, że biskupi są silni tylko wtedy, gdy są zjednoczeni z Ojcem Świętym. Gdy zaczynamy się od niego oddzielać, przestaje nas dotyczyć modlitwa Chrystusa. Jeśli nie jesteśmy objęci modlitwą Chrystusa, przestajemy być chronieni, przestajemy być również silnymi strażnikami lub aniołami kościołów. 

Sądzę, że drugim źródłem siły jest komunikacja oraz przepływ życia i mądrości między członkami braci episkopalnej - głęboki braterski duch miłości. Stało się to jasne owej nocy, której nasz Zbawiciel umył stopy biskupom, każąc im obmywać sobie nogi nawzajem. Miała między nami istnieć wspólnota posługiwania. Sobór Watykański potwierdził to w tym sensie, że poprosił o kolegialność biskupów. W każdym kraju miała powstać konferencja episkopatu, która miała umożliwić biskupom dyskutowanie wspólnych problemów i rozwiązań.

Myślę jednak, że konferencja episkopatu jest słaba, gdy zależy od ludzkich zasobów i mocy ludzkiej zamiast zależeć od [mocy] Boskiej. W niedzielę po Wielkanocy w łodzi przebywało siedmiu biskupów; wypłynęli oni sami, nie zostali posłani. Pracowali całą noc i nic nie przywieźli. Zmartwychwstały Pan pojawił się na brzegu wczesnym rankiem, lecz oni Go zrazu nie poznali. Powiedział im, żeby zarzucili swoje sieci po drugiej stronie łodzi. Teraz działali oni pod Boskim nakazem; uwolniona została nowa Moc.

Przyciągnęli sieć zawierającą 153 ryby. Policzyli je tamtego dnia. Chrystus przypomniał im o pierwotnej misji, jaką im nadał - aby byli "rybakami ludzi". Kryła się pod tym również prawda, że "beze Mnie niczego nie możecie uczynić"....niczego. Zanim da On nam siłę, najpierw sprawia On, że czujemy własną pustkę.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: "Treasure in Clay. Autobiography of Fulton J. Sheen", 2008r., str. 107-108.

czwartek, 10 stycznia 2013

Ciało potrzebuje głowy

Dziwne jest to, że ci, którzy za Pismem św. uznają, że Kościół jest mistycznym ciałem Chrystusa, nie chcą uznać [Jego] głowy. A przecież po czym poznajemy, że jakieś ciało istnieje na tej ziemi? Bardzo łatwo jest dowiedzieć się, że Chrystus chodził kiedyś po tej ziemi, gdyż ludzie Go widzieli. W jaki sposób ludzie mieli się dowiedzieć po Jego Wniebowstąpieniu, co jest Jego mistycznym ciałem i gdzie można znaleźć Jego życie? Nasz Zbawiciel nie pozostawił tych pytań bez odpowiedzi. Dał On znak, który pozwolił nam rozpoznać Jego ciało i znak ten jest znakiem wszystkiego, co żyje. W jaki sposób przejawia się życie? Czyż jedność życia nie objawia się poprzez głowę, która jest źródłem wszelkich ruchów ciała? Czyż głowa nie jest symbolem jedności życia? Można amputować nogi i ręce nie niszcząc życia. Lecz jeśli odetniesz głowę, będzie to koniec życia.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: "Through the Year with Fulton Sheen", 1985r., str. 129.

środa, 9 stycznia 2013

Czy współczesny człowiek jest daleki od osiągnięcia pokoju?

Nikt nie jest niebezpiecznie nieszczęśliwy z wyjątkiem człowieka, który nie wie, czym jest szczęście. Życie jest nie do zniesienia tylko dla tych, którzy nie wiedzą, dlaczego żyją; ludzie w takim stanie utożsamiają szczęście z przyjemnością (która jest czymś zupełnie innym), a radość utożsamiają z dreszczykiem w zakończeniach nerwowych (nie jest nim ona). Lecz rzeczy, które znajdują się poza nami, nigdy nie dadzą nam wewnętrznego spokoju. Im bardziej uporczywie ktoś szuka zaspokojenia i celu w czymś, co jest poza jego kontrolą, tym mniej pewne jest, że to znajdzie, tym większe czekają go rozczarowania.

Istnieją dwa sposoby na osiągnięcie stanu szczęśliwości. Pierwszy z nich polega na wycofaniu się ze świata zewnętrznego...ze zbyt wielkiego zaabsorbowania się rzeczami tego świata. Drugi sposób jest bardziej głęboki; jest to wzniesienie się od tego, co jest w nas gorsze do tego, co jest lepsze; od naszego egotyzmu do naszego Boga. Współczesny człowiek doświadczył tej pierwszej drogi; sprawy zewnętrzne stały się dla niego źródłami tylu nieszczęść. Wojny, depresja, niepewność i pustka życiowa tak przeraziły ludzi, że spróbowali odciąć się od świata zewnętrznego i szukać satysfakcji w swojej własnej, ograniczonej jaźni. To dlatego psychiatria jest dziś tak popularna: współczesna dusza, przerażona tym, co widzi na zewnątrz, zaciągnęła zasłony i zaczęła szukać zadowolenia w analizowaniu swojej własnej nieświadomości, obaw i niepokojów, depresji i frustracji.

Lecz takie zamknięcie się w sobie okazuje się więzieniem, jeśli człowiek zamknięty jest w nim wyłącznie ze swoim własnym ego, gdyż nie istnieje bardziej ciasny kaftan bezpieczeństwa niż ten, który człowiek sam sobie nakłada. Lekarstwa nie należy szukać w psychoanalitycznym skalpelu, który uwolni wewnętrzną ropę moralną i pozwoli jej płynąć; jest to niezdrowe zarówno dla pacjenta, jak i dla lekarza. Lekarstwem jest odkrycie, dlaczego człowiek jest samotny i dlaczego boi się samotności - albowiem większość ludzi boi się być samymi nie wiedząc, dlaczego ta perspektywa ich przeraża.

Problemem dzisiejszych czasów jest problem znalezienia wewnętrznego pokoju i tym różni się dwudziesty wiek od wieku dziewiętnastego. 100 lat temu ludzie spoglądali na świat zewnętrzny, aby znaleźć odpowiedzi na swoje pytania; czcili naukę lub naturę, oczekiwali, że szczęście nadejdzie dzięki postępowi, polityce lub dochodom. Człowiek XX wieku zamartwia się samym sobą; bardziej martwi go nawet problem seksu niż sam seks - bardziej interesuje go, jaką mentalną postawę powinien on przyjąć wobec seksu, niż płynąca z niego fizyczna satysfakcja i płodzenie dzieci. Pochłaniają go jego własne wartości, nastroje i postawy.

Mimo iż w dzisiejszych czasach napisano cały stek bzdur na temat wewnętrznego życia człowieka, prawdą jest, że dwudziesty wiek jest bliższy Bogu niż był nim wiek dziewiętnasty. Żyjemy w przededniu jednego z największych duchowych odrodzeń w historii ludzkości. Dusze są czasem najbliżej Boga, gdy czują, że są bardzo od Niego oddalone, na granicy rozpaczy. Albowiem pustą duszę Boskość może napełnić; duszę zmartwioną Nieskończony może uspokoić. Jednakże dusza pyszna i zajęta samą sobą jest niedostępna dla Łaski.

Współczesny człowiek został upokorzony: nie ziściły się jego pyszne oczekiwania ani względem postępu, ani względem nauki. Jednak nie osiągnął on wciąż punktu, w którym sam by się chciał ukorzyć. Wciąż uwięziony jest w swojej jaźni, niezdolny do tego, by ujrzeć cokolwiek poza nią. Być może pozwoli on psychoanalitykom wwiercać się w jego myśli przez następne kilka lat, lecz nadchodzi czas, w którym współcześni ludzie zwrócą się do Boga z gorączkowym apelem o to, aby wydźwignął ich On z pustego zbiornika ich własnego ego. Święty Augustyn doskonale to wiedział: powiedział on: "Nasze serca są niespokojne, dopóki nie spoczną w Tobie".

To dlatego - mimo iż być może zagraża nam katastroficzna wojna - czasy nie są takie złe, jak się nam zdaje. Współczesny człowiek nie wrócił jeszcze do Boga, lecz przynajmniej wrócił do samego siebie. Później przekroczy on tę granicę i wzniesie się nad nią z Bożą łaską, której poszukuje, nawet teraz. Nikt nigdy niczego nie szukał, o ile nie wiedział, że to coś istnieje; dziś sfrustrowana dusza szuka Boga niczym wspomnienia imienia, które kiedyś znała. 

Różnica między tymi, którzy znaleźli Boga w wierze i tymi, którzy wciąż szukają Go jest niczym różnica między żoną, szczęśliwą, gdyż cieszyć się może obecnością swego męża, a młodą dziewczyną, która zastanawia się, czy kiedykolwiek znajdzie męża i być może próbuje przyciągać uwagę mężczyzn w niewłaściwy sposób. Ci, którzy szukają przyjemności, sławy i bogactwa, szukają Nieskończonego, lecz poszukiwacze ci są wciąż na przedmieściach Wiecznego Miasta. Ci, którzy mają wiarę, znaleźli swój prawdziwy dom z Nieskończonym i znaleźli "pokój, którego świat dać nie może". Podobnie jak człowiek może widzieć z daleka postać i nie rozpoznaje jej jako dawno zaginionego przyjaciela, tak też człowiek może odczuwać potrzebę Nieskończoności i pożądać niekończącej się ekstazy miłości, lecz nie wie jeszcze, że jest nią Bóg.

Niezależnie od tego, jak nikczemna jest dana dusza, nikt nie oddaje się występnym przyjemnościom, nie będąc jednocześnie świadomym swojego poddaństwa i swego zniewolenia. Być może właśnie dlatego alkoholicy często są kłamcami; ich usta zaprzeczają niewolnictwu, którego ich życie jest tak widocznym świadkiem. Tacy ludzie, niechętni, by przyznać, że tkwią w błędzie, wciąż nie chcą dać się przekonać o Bożej Prawdzie, lecz ich smutek i ich pustka w końcu doprowadzą ich do Boga Miłosierdzia.

Nasz zewnętrzny świat znajduje się dziś w rozpaczliwych tarapatach, lecz wewnętrzny świat człowieka daleki jest od stanu beznadziejności. Świat polityki i ekonomii nie nadąża za psychologicznym rozwojem ludzi. Świat jest daleki od Boga, lecz ludzkie serca nie są od Niego dalekie. To dlatego pokój nie tyle nastąpi dzięki politycznym przemianom, ile dzięki samemu człowiekowi, który, przymuszony do tego, aby uciec od zgiełku do wnętrza swojej duszy, zostanie podniesiony ponad siebie, do szczęśliwości, dla której został stworzony.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: "Way to Happiness", 1954r., str. 23-25.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Radość

Radość jest zachwycającym doświadczeniem uczuć wiążących się z otrzymanym dobrem, które faktycznie nas cieszy, albo z perspektywą dobra, na otrzymanie którego mamy realną nadzieję. Istnieją radości naturalne i radości duchowe. Naturalną radością jest na przykład radość młodości, zanim rozczarowania zmęczą duszę, lub radość zdrowia, gdy jedzenie jest smaczne i słodkie, lub radość sukcesu, gdy bitwa została wygrana, lub radość afektu, gdy serce jest kochane. Wszystkie te naturalne radości wzmacniane są przez radości duchowe i zyskują dzięki nim trwalszy fundament. Żadna ziemska szczęśliwość nie mogłaby być trwała lub dogłębna, jeśli nie będzie skojarzona ze spokojnym sumieniem. 

Radość duchowa jest pogodą ducha wśród zmian życiowych, taką, jaką zachowuje góra, gdy rozpęta się nad nią burza. Dla człowieka, który nigdy nie zakorzenił swej duszy w Boskości, każde zmartwienie ulega samowyolbrzymieniu. Człowiek taki nie może skoncentrować całej swej mocy na jednej rzeczy, gdyż zatroskany jest zbyt wieloma sprawami. 

Radość nie jest tożsama z beztroską. Beztroska jest aktem, radość jest nawykiem. Wesołość jest niczym meteor, radość jest niczym gwiazda; wesołość jest niczym trzeszczące ciernie, radość jest niczym ogień. Ponieważ radość jest bardziej trwała, dzięki niej trudne przedsięwzięcia stają się łatwiejsze. Żołnierze po całym dniu marszu nie szliby już tak żwawo, gdyby nie przygrywała im muzyka. Radosne serce zawsze uzna, że jego jarzmo jest słodkie, a jego brzemię - lekkie. 

Z pewnością żadna pielęgniarka, której brakuje ducha radości, nie przynosi ukojenia chorym. Każda pielęgniarka powinna spełniać dwa warunki przed wejściem do sali chorych: powinna mieć nacięcie [skóry] i poczucie humoru. Nacięcie - aby poznać wartość bólu. Poczucie humoru - aby wiedziała, jak rozsiewać radość. To nacięcie nie musi mieć charakteru fizycznego, lecz powinno przynajmniej być symboliczne, aby potrafiła dogłębnie zrozumieć niedolę i cierpienie innych. Nic tak bardzo nie przedłuża choroby jak [czyjaś] wydłużona mina.

Radość ma więcej wspólnego z uczuciami niż z rozumem. W ojcu rodziny jego żona i dzieci są w stanie wywołać większy zachwyt niż zdołałby go wzbudzić jego intelekt. Pochylając się nad kołyską ojciec zdaje się spoglądać na przymioty wiecznego Bytu, który przekazał Swą delikatność i miłość niemowlęciu. Umiejętność radowania się jest zawsze dobrym sprawdzianem kondycji moralnej człowieka. Żaden człowiek nie może być prawdziwie szczęśliwy na zewnątrz, jeśli w głębi serca jest on nieszczęśliwy. Jeśli poczucie winy obciąża duszę, żadna ilość zewnętrznych przyjemności nie zrekompensuje utraty wewnętrznej radości. Podobnie jak smutek jest sekundantem grzechu, tak radość jest towarzyszem świętości.

Radość może być odczuwana zarówno w dobrobycie, jak i w nieszczęściu. W dobrobycie składa się ona nie z dóbr, które są w naszym posiadaniu, lecz z tych, na otrzymanie których mamy nadzieję; nie w przyjemnościach, których doświadczamy, lecz w obietnicy tych, w które wierzymy, nie ujrzawszy ich jeszcze. Można obfitować w dostatek, lecz radości, w których pokładamy nadzieję, są takiego rodzaju, którego mole nie zjedzą, rdza nie przeżre, a złodzieje nie ukradną. Nawet w nieszczęściu może istnieć radość w pewności, że sam Boski Mistrz umarł na Krzyżu, co było wszak warunkiem Jego Zmartwychwstania. 

Jeśli radość nie jest dzisiaj powszechną rzeczą, dzieje się tak dlatego, że lękliwe dusze nie mają odwagi, aby zapomnieć o samych sobie i poświęcić się dla bliźniego. Gdy słabnie siła płynąca z wiary w Boga i chęci zbawienia duszy, znika radość i człowiek powraca do rozpaczy cechującej pogan. Dawni Grecy i Rzymianie zawsze widzieli cienie na swoich ścieżkach i szkielety u swych stóp. Nic dziwnego, że przychodził dzień, w którym Rzymianin nie miał już po co żyć, nie miał nic, w czym mógł pokładać nadzieję, więc wchodził do łaźni, otwierał sobie żyły, aby cicho i bezboleśnie wykrwawić się na śmierć. Słynny grecki poeta powiedział kiedyś o życiu, że lepiej było się nie narodzić i że najlepszą rzeczą będzie zakończyć życie tak szybko, jak jest to możliwe. Postawa ta jest przeciwna tej, którą reprezentował św. Paweł, który mówił: " Radujcie się zawsze w Panu. Jeszcze raz wam powtarzam: radujcie się!".

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: "The Way to Happiness", 1954r., str. 21-22.


niedziela, 6 stycznia 2013

Starsza kobieta mieszkająca w przyczepie

Amerykański pastor wyznania kalwińskiego, Robert Schuller, znany ze swoich programów telewizyjnych z lat 70tych XXw., opowiedział historię o tym, jak biskup Fulton J. Sheen został zaproszony, aby przemawiać w Kryształowej Katedrze.

Na spotkanie z biskupem Sheenem przyszły tysiące ludzi.Tłok był tak wielki, że - gdy spotkanie się zakończyło - biskup Sheen i pastor Schuller byli w stanie wrócić do samochodu tylko dzięki temu, że chodnik ogrodzony był linami z obu stron. Po obu stron chodnika wzdłuż lin gromadzili się ludzie, którzy pragnęli dotknąć biskupa. Wyglądało to tak, jak gdyby sam papież przyjechał do miasta.

Gdy obaj mężczyźni szli w stronę samochodu, ktoś wcisnął biskupowi Sheenowi do ręki karteczkę, którą ten złożył i schował do kieszeni. Wsiedli do samochodu, którym mieli pojechać do restauracji na obiad. Biskup Sheen wyciągnął karteczkę, przeczytał ją i spytał pastora Schullera: "czy wie pastor, gdzie jest to miejsce?" Schuller odpowiedział: "Tak, to zaledwie parę mil stąd". Biskup spytał: "czy moglibyśmy pojechać tam w drodze do restauracji?" "Oczywiście" - odpowiedział Schuller - "mamy mnóstwo czasu". Pojechali pod wskazany adres. Było to niewielkie osiedle przyczep kempingowych. Bp Sheen podszedł do jednej z przyczep i zapukał.

Drzwi otworzyła starsza kobieta, która zdawała się być zaskoczona; naprawdę - gdy zobaczyła, kto ją odwiedził, nie mogła wyjść z osłupienia. Otworzyła drzwi, a biskup wszedł do środka. Po kilku minutach wyszedł, wsiadł do samochodu i powiedział: "Teraz [ta kobieta] gotowa jest, aby żyć - w tym życiu i w przyszłym".

Źródło: http://catholicismpure.wordpress.com/2011/11/19/fulton-sheen-and-other-anecdotes/



piątek, 4 stycznia 2013

Tylko jedna odpowiedź

Istnieje tylko jedna odpowiedź na pytanie dotyczące składników wody, a mianowicie: dwa atomy wodoru i jeden atom tlenu. Istnieje tylko jedna odpowiedź na pytanie, co jest stolicą Stanów Zjednoczonych. Istnieje tylko jedna prawdziwa odpowiedź na pytanie: ile jest dwa razy dwa. Przypuśćmy, że niektórzy matematycy w różnych częściach tego kraju uczyliby różnych rodzajów tabliczki mnożenia. Jeden uczyłby, że dwa razy dwa jest pięć, inny twierdziłby, że dwa razy dwa równa się sześć, jeszcze inny - że dwa razy dwa równa się siedem, a czwarty, że dwa razy dwa równa się dziewięć i cztery piąte. Przypuśćmy, że ktoś zdecydowałby, że lepiej być tolerancyjnym, że lepiej jest współpracować i poświęcić poszczególne rozwiązania dla dobra gospodarki. W efekcie powstałaby Federacja Matematyków, która doszłaby do kompromisu, zgodnie z którym dwa razy dwa równa się pięć i siedem ósmych. Poza tą federacją istnieje inna grupa, która utrzymuje, że dwa razy dwa równa się cztery. Członkowie tej grupy nie zgadzają się na wstąpienie do federacji, o ile inni matematycy nie uznają tego rozwiązania jako prawdziwego i jedynego możliwego do przyjęcia. Tolerancyjna grupa matematyków naśmiewa się z nich na konferencji, mówiąc: "Jesteście zbyt nietolerancyjni i ograniczeni. Czuć od was martwą przeszłością. W takie rzeczy wierzono w średniowieczu".

Dokładnie takie jest stanowisko Kościoła wobec światowych konferencji poświęconych religii. Kościół utrzymuje, że podobnie jak w geografii, w chemii i w matematyce istnieje jedna prawda, tak samo jedna prawda istnieje w religii i jeśli jesteśmy nietolerancyjni w kwestii tej prawdy, że dwa razy dwa równa się cztery, powinniśmy być również nietolerancyjni w kwestii tych zasad, od których zależy jedyna prawdziwie ważna rzecz na świecie, a mianowicie zbawienie naszej nieśmiertelnej duszy. Jeśli w jakiejś grupie panuje przeświadczenie, że nie istnieje Boskość, że nie istnieje zgodność co do prawdy, że istnieją jedynie opinie, prawdopodobieństwo i kompromis, wówczas Kościół musi powstrzymać się od członkostwa w tejże grupie. Dlatego jakakolwiek konferencja na temat religii, która zaczyna się od założenia, że nie istnieje taka rzecz jak prawda, i że sprzeciwiające się i sprzeczne ze sobą sekty mogą zjednoczyć się w federacji tolerancyjności, nie może oczekiwać, że Kościół do niej dołączy lub że będzie z nią współpracować.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: "The Curse of Broadmindedness", fragment książki "Moods and Truths", 1932r., strona nieznana.



Egotyzm

Egotyzm jest aktywnym kłamstwem: zakłada ono, że zachcianki i namiętności egotyka oraz jego instynktowne żądze mają pierwszeństwo przed prawem moralnym, braterstwem innych ludzkich istot i wolą samego Boga. Egotyk jest niczym wahadło które dochodzi swoich praw przed zegarem lub niczym chmura, która, która rości sobie jakieś prawa wobec nieba, lub niczym ręka, która chce ignorować ciało, którego jest częścią. Egotyk, który realizuje wyłącznie swoje samolubne pragnienia, na koniec będzie nienawidził wszystkiego tego, co robi. Jest on niczym dziecko w postępowej szkole, które lamentuje: "czy zawsze muszę robić to, na co mam ochotę?"

Koncentrowanie się na samym sobie prowadzi do znienawidzenia samego siebie. Mały chłopiec, który zjadł wszystkie lody przeznaczone dla całej rodziny, zaczyna nienawidzić samego widoku tego rodzaju lodów: z jego czysto zwierzęcą, "warunkową" nienawiścią do pożywienia miesza się moralny wstręt do samego siebie za to, że popełnił grzech chciwości. Ta nienawiść samego siebie jest moralną karą, jaką płacimy za obżarstwo, podobnie jak wstręt do lodów jest fizycznym, zwierzęcym skutkiem tego samego przewinienia.

Ludzie, którzy cierpią na wstręt do samych siebie, instynktownie tłuką się w piersi, jakby chcieli wypędzić diabła z wewnętrznej cytadeli swojej duszy. Ateiści są bardziej skłonni do tego, by siebie nienawidzić, niż ludzie wierzący: ponieważ nie uznają oni Miłosierdzia i Miłości Boga, który pragnie uleczyć nas z naszego wstrętu do samych siebie, mogą oni dźwigać ciężar rozpaczy, aż osiągną jej ostateczny etap - samobójstwo. Autodestrukcja jest projekcją, zewnętrznym cieniem rzucanym przez wewnętrzną tragedię, w której małe ego rzuciło wyzwanie wszystkiemu, co jest od niego większe i, przepełnione wstrętem wobec skutków swojej własnej rebelii, w nienaturalny sposób znienawidziło swoje życie. Zarówno Piotr, jak i Judasz zbuntowali się przeciw Życiu, gdy wyparli się naszego Zbawiciela; obaj zostali ostrzeżeni przed swoją rewoltą; obaj zostali nazwani "szatanami" z powodu swojego przewinienia. Lecz Judasz "okazał skruchę przed samym sobą" i zwrócił swoje ego ku samemu sobie w daremnej agonii rozpaczy. Piotr natomiast, okazawszy skruchę przed swoim Panem, wyzwolił się ze zła dzięki pokorze i odzyskał radość.

Tylko poddanie siebie samego czemuś wyższemu niż własne ego może uleczyć rozpacz, gdyż taka pokora wyzwala duszę od pychy i samosądu, robiąc miejsce na strumień Bożej Prawdy i Miłości: "Ten, kto się poniża, będzie wywyższony, a ten, kto się wywyższa, będzie poniżony"...lecz nienawiść samego siebie jest wyniesieniem się do roli ostatecznego, gorzkiego sędziego. Dopóki na duszy oczyszczonej z zaabsorbowania samą sobą nie zawiśnie tabliczka "Na sprzedaż", Boski Lokator nie może się doń wprowadzić. 

Jednym z testów na prawdziwą pokorę jest nasze stanowisko wobec pochwały. Każdy, kto lubi rozgłos, jest pyszny, gdyż szuka usprawiedliwienia przed ludźmi; człowiek pokorny odnosi wszelką pochwałę do Boga. Jeśli posiada on dary, wie, że Bóg mu je dał, i że należy ich używać w służbie ich prawowitemu Właścicielowi. Jest on niczym okno, które cieszy się z tego, że może przepuszczać Boże światło, nie twierdząc, że światło jest jego własnym stworzeniem. Pokorny człowiek przyjmuje zarówno pochwałę, jak i naganę jako dary od Boga: oba te dary, słodki i gorzki, zesłane są przez Tego, który go kocha. Jak powiedział Hiob: "Dał Pan i zabrał Pan. Niech imię Pańskie będzie błogosławione!"

Lecz egotyk nie może zapomnieć o samym sobie, mimo iż że zdaje sobie sprawę z własnej małości i czuje do niej urazę: myśli on, że może ukryć swoją pośledniość poprzez nieustanne przechwalanie się. Pokorny człowiek poddany jest Bogu; jest on wolny od rozpaczy, gdyż wie, że jest kochany przez Samą Miłość. Egotyk wiecznie narzeka, że inni nie kochają go wystarczająco mocno i nie jest w stanie dostrzec, że jest to skutek jego własnego egocentryzmu. Jego męka - jak niemal każda inna forma nieszczęśliwości - pochodzi z uporczywego niezgadzania się na to, by zrezygnować ze swej własnej woli.

Nasze najszczęśliwsze chwile to te, w których zapominamy o samych sobie, zazwyczaj przez to, że okazujemy swą życzliwość komu innemu. Ów krótki moment samorezygnacji jest aktem prawdziwej pokory: człowiek, który traci samego siebie, znajduje siebie i znajduje swe szczęście. 

Nienawiść do samego siebie i rozpacz są chorobami, na które podatni są tylko egotycy. Lekarstwo na te choroby jest zawsze to samo: pokora. A to oznacza zakochać się w sobie mniej niż zakochać się w Bogu. 

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: "Way to Happiness", 1954r., str. 19-20.

czwartek, 3 stycznia 2013

Pokora

Główną przyczyną wewnętrznej nieszczęśliwości jest egotyzm lub samolubstwo. Ten, kto przydaje sobie ważności przez samochwalstwo, dowodzi tylko swojej bezwartościowości. Pycha jest próbą stworzenia wrażenia, że jesteśmy kimś, kim tak naprawdę nie jesteśmy.

O ile bardziej szczęśliwi byliby ludzie, gdyby - zamiast wywyższać swe ego - zredukowali je do zera. Odnaleźliby wówczas prawdziwą nieskończoność dzięki najrzadziej spotykanej spośród cnót: pokorze. Pokora jest prawdą o was samych. Człowiek, który ma sześć stóp wzrostu, lecz który mówi: "Mam jedynie pięć stóp wzrostu" nie jest pokorny. Dobry pisarz nie jest pokorny, jeśli mówi: "Jestem jedynie pisarzyną". Powyższe zdania wypowiadamy po to, aby ktoś im zaprzeczył i abyśmy w efekcie mogli usłyszeć pochwałę. Prawdziwie pokorny człowiek to ten, który mówi: "Jakikolwiek talent posiadam, jest on darem Boga i dziękuję Mu za ów dar". Im wyższy jest budynek, tym głębsze są jego fundamenty; im większe są wyżyny moralne, do których aspirujemy, tym większa [musi być] pokora. Jak powiedział Jan Chrzciciel: "Potrzeba, aby On wzrastał, a ja się umniejszał". Kwiaty pokornie odchodzą zimą, aby zobaczyć korzenie swej matki. Martwe dla świata, znajdują schronienie w pokornej pokorze, niewidzialne dla ludzkich oczu. Lecz ponieważ upokorzyły się one, są one wywyższone i wysławiane, gdy nadchodzi nowa wiosna. 

Tylko wtedy, gdy pojemnik jest pusty, może on zostać napełniony; tylko gdy ego sflaczeje, Bóg może wlać w nie Swoje błogosławieństwa. Niektórzy są już do tego stopnia wypełnieni swoim własnym ego, że nie ma w nich miejsca na miłość bliźniego lub miłość Boga. Przez to, że wciąż szukają swego, [mają oni poczucie, że] inni ich czegoś pozbawiają. Lecz pokora sprawia, że otwieramy się na dary innych. Nie możesz dać, o ile ja [tego] nie przyjąłem. Dawcy istnieją dzięki biorcom. Podobnie Bóg, aby mógł się stać Dawcą, musi znaleźć biorcę. Lecz jeśli człowiek nie jest wystarczająco pokorny, aby przyjąć dary od Boga, nie dostanie niczego.

Pewien człowiek opętany przez diabła został przyprowadzony do jednego z Ojców Pustyni. Gdy święty rozkazał diabłu, aby odszedł, diabeł spytał: "Jaka jest różnica między owcami i kozłami, które Pan posadzi po Swojej prawicy i Swojej lewicy w dniu Sądu?". Święty odpowiedział: "Jestem jednym z tych kozłów". Diabeł powiedział: "Odchodzę z powodu twojej pokory".


Wielu mówi: "Pracowałem przez lata dla innych i nawet dla Boga i co z tego mam? Wciąż jestem niczym". Odpowiedź [na ich pytanie] brzmi: zyskali coś oni: zyskali oni prawdę o swojej małości - i, oczywiście, wielkie zasługi w przyszłym życiu. Pewnego dnia dwóch mężczyzn siedziało w powozie. Jeden z nich powiedział: "W tym powozie nie ma wystarczająco dużo miejsca dla ciebie". Drugi odparł: "Jeśli będziemy się miłować trochę bardziej, miejsca wystarczy". Spytaj człowieka: "czy jesteś świętym?" Jeśli odpowiedź będzie twierdząca, możesz być pewien, iż nie jest on świętym.

Pokorny człowiek skupia się na swoich własnych błędach, a nie na błędach innych; nie widzi on w swoich bliźnich niczego, z wyjątkiem rzeczy dobrych i cnotliwych. Nie nosi on swoich błędów na plecach, lecz ma je on przed swoimi oczami. Ułomności bliźnich niesie on natomiast w worku na plecach, aby ich nie widzieć. Pyszny człowiek, przeciwnie, narzeka na wszystkich i jest przekonany, że został on skrzywdzony lub potraktowany nie tak dobrze, jak zasługuje. Gdy człowiek pokorny zostanie potraktowany źle, nie narzeka on, gdyż wie, iż i tak został potraktowany on lepiej niż na to zasługuje. Z duchowego punktu widzenia, człowiek, który pyszni się swoją inteligencją, talentem lub głosem i nigdy nie dziękuje za nie Bogu, jest złodziejem; wziął on dary on Boga i nie oddał honoru Dawcy. Kłosy jęczmienia, które dźwigają najobfitsze ziarno, zawsze zwisają najniżej. Pokorny człowiek nigdy nie poddaje się zniechęceniu, lecz pyszny człowiek często popada w rozpacz. Pokorny człowiek zawsze ma Boga, którego może wezwać; człowiek pyszny ma tylko swoje własne ego, które się załamało. 

Jedną z najpiękniejszych modlitw o pokorę jest modlitwa ułożona przez świętego Franciszka: Panie, uczyń mnie narzędziem Twojego pokoju. Tam, gdzie nienawiść - pozwól mi siać miłość, gdzie krzywda - przebaczenie, gdzie zwątpienie - wiarę, gdzie rozpacz - nadzieję, gdzie mrok - światło, tam gdzie smutek - radość. Spraw, Panie, abym nie tyle szukał pociechy, ile pociechę dawał; nie tyle szukał zrozumienia, co rozumiał, nie tyle był kochany, ile kochał. Albowiem dając - otrzymujemy, przebaczając - zyskujemy przebaczenie, a umierając - rodzimy się do życia wiecznego.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

Źródło: "Way to Happiness", 1954r., str. 17-18.