31 maja 2012

Czy dzieci rozumieją, co to jest grzech?

W ostatnich kilku latach wałkowany był pomysł, że dzieci nie powinny być nauczane o grzechu i że spowiedź nie  powinna być wymagana przed przystąpieniem do Komunii świętej, gdyż wywołuje ona u dzieci fałszywe poczucie winy. Tymczasem każdy trzylatek rozumie, na czym polega zerwana więź będąca istotą grzechu. Wystarczy, że każesz matce powiedzieć dziecku: "mamusia cię już nie kocha", a ujrzysz na własne oczy niepokój, który jest efektem zerwanej więzi. 


Arcybiskup Fulton J. Sheen

30 maja 2012

Zrzucanie z siebie odpowiedzialności

Nasz współczesny świat uwielbia zrzucać z siebie odpowiedzialność. Zaczęło się to już w rajskim ogrodzie. Adam obwinił Ewę. Gdy Adam został zapytany, dlaczego zgrzeszył, odpowiedział: "z powodu kobiety, którą mi dałeś". Widzicie? Nie powiedział "żony". Obwinił Boga: "Z powodu kobiety, którą TY mi dałeś". Ewa zrzuciła winę na węża. Aaron obwinił piec za wytopienie złotego cielca. Dzieci obwiniają rodziców; ludzie obwiniają swoich kapłanów; kapłani obwiniają proboszczów; proboszczowie obwiniają kapłanów. Wszyscy obwiniają biskupów, a biskupi obwiniają swoich wiernych. Psychiatrzy i psychoanalitycy obwiniają babcie i dziadków. Obwiniają oni brak odpowiednich placów zabaw. Obwiniają złe instynkty. Nikt nie jest odpowiedzialny, a odpowiedzialność zrzucana jest na innych. Prezydent Truman miał na biurku tabliczkę z napisem: "za to ja biorę odpowiedzialność", lecz i jemu to się nie udało. Gdzie kończy się zrzucanie z siebie odpowiedzialności? Na krzyżu. Tam ono się kończy. Przynajmniej istnieje Ktoś, kogo można obwinić.


Arcybiskup Fulton J. Sheen

29 maja 2012

Bóg działa w niewidoczny sposób

Człowiek, którego ewangelizowałem jakiś czas temu, Louis Budenz, były wydawca komunistycznej gazety Daily Worker, zmarł kilka lat temu. Niedawno rozmawiałem przez telefon z wdową po nim, która wspomniała nasze pierwsze spotkanie. Budenz jako wydawca Daily Worker, napisał do mnie: "Czy zechce ksiądz biskup zjeść ze mną kolację?" Było to kłopotliwe zaproszenie. Napisałem wiele artykułów przeciw komunizmowi, a on publikował na łamach Daily Worker teksty skierowane przeciwko mnie. Dopiero po jego śmierci dowiedziałem się, że Budenz zaprosił mnie na kolację na rozkaz szefa sowieckiego politbiura. Sowieci doszli do wniosku, że wyrządzałem im zbyt wiele szkód, a ponieważ Budenz w dzieciństwie posiadał wiarę, uznali, że to właśnie on powinien się ze mną spotkać. Wtedy jednak nie wiedziałem tego wszystkiego.


Gdy usiedliśmy przy stole, Budenz powiedział: "Powiem księdzu biskupowi, co komuniści mają księdzu za złe. Ksiądz nie wierzy, że Związek Radziecki jest krajem demokratycznym."


"Jak może być on krajem demokratycznym" - odparłem - "w świetle artykułu 125 waszej konstytucji?"


Spytał: "O czym jest artykuł 125?"


"Wygląda na to" - odpowiedziałem - "że znam waszą konstytucję lepiej niż ty. Nie mówmy zatem o niej - pomówmy raczej o twojej duszy".


Wiele lat później dowiedziałem się, że gdy wrócił do domu tego wieczora, powiedział on do żony: "Nigdy w życiu nie byłem tak wściekły. Oto występuję jako wysłannik Politbiura i mam rozmawiać o komunizmie z człowiekiem, który zna komunizm, a ten przywołuje artykuł 125 konstytucji i mówi mi: 'nie jestem zainteresowany twoim komunizmem, chcę rozmawiać o twojej duszy'. Wyobraź sobie, o mojej duszy. Nie interesuje mnie to!". Jego żona mówiła mi, że od tego dnia, gdy tylko pojawiałem się w słuchowiskach radiowych, wpadał w furię, gdy w mieszkaniu rozlegał się mój głos i nakazywał natychmiast wyłączyć to pudło. Pani Budenz powiedziała mi również: "Nie jestem katoliczką, byłam komunistką. Nie byliśmy małżeństwem, po prostu żyliśmy razem. Lecz czy wie ksiądz, że każdego wieczoru, zanim położyliśmy się spać, nachylał się nade mną i czynił znak krzyża na moim czole? Nie mogłam zrozumieć, dlaczego on to robi. Nie wiedziałam, co to był za znak". 


Siedem lat później Budenz wysłał mi list, w którym prosił mnie, żebym zajął się jego duszą. Żona spytała go wtedy: "Dlaczego piszesz właśnie do niego? Przecież tak go nienawidzisz!"


Odpowiedział: "Ponieważ mówił on do mnie o mojej duszy. Od tego czasu wciąż byłem prawdziwie zmartwiony, zatroskany w duchu".


Arcybiskup Fulton J. Sheen

28 maja 2012

Duch Święty i grzech

W noc Ostatniej Wieczerzy nasz Pan powiedział, że Duch Święty uzna nas winnymi grzechu. "Duch przyjdzie" - powiedział Jezus - "a gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie. O grzechu - bo nie wierzą we Mnie." Kiedy osiągniemy pełne zrozumienie grzechu? Nasz Zbawiciel mówi nam, że zrozumiemy grzech przez Ducha Świętego. Nikt z tych, którzy sądzą, że łamią jedynie prawo, nie pojął w pełni zła, jakie wiąże się z grzechem. Gdy posiadamy Ducha Świętego, pojmujemy, że grzech to wyrządzanie krzywdy komuś, kogo kochamy. Dlatego właśnie ukrzyżowanie to manifestacja grzechu. Jest to, jak powiedział nasz Pan, esencja braku wiary - absolutna odmowa przyjęcia miłości i błogosławieństwa Bożego. Duch Święty objawia nam, że grzech to nieprzyjęcie zbawienia, które zostało wykupione przez Chrystusa na Krzyżu. Nic poza Duchem Świętym nie może naprawdę przekonać nas o istnieniu grzechu. Jak często, na przykład, nasze sumienie jest dławione przez powtarzane ustawicznie złe czyny? Racjonalizujemy nasze złe uczynki. Opinia publiczna czasem wręcz aprobuje grzech. Lecz Duch Święty objawia nam, że niewiara jest grzechem i że grzech jest w pewien szczególny sposób związany z ukrzyżowaniem.


Arcybiskup Fulton J. Sheen

27 maja 2012

Duch Święty objawia Syna

Podobnie jak Syn objawił Ojca, tak i Duch Święty objawia Syna. Oto słowa naszego Pana: "On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi.  Wszystko, co ma Ojciec, jest Moje." (J 16, 14-15). W słowach tych nasz Zbawiciel mówi, że gdy wstąpi do nieba, wszystkie łaski, które zyskał dla nas na Golgocie, zostaną przeniesione na nas poprzez Ducha Świętego. Jezus powiedział podczas Swojego ziemskiego życia, że nie zrozumiemy Jego życia i nie otrzymamy zasług płynących z Jego życia, dopóki Duch nie przyjdzie na ziemię. Wielkim zadaniem Ducha Świętego jest zatem trwanie poza kulisami, aby bardziej urzeczywistniać Chrystusa. Dlatego właśnie apostołowie aż do Dnia Pięćdziesiątnicy nie mogli zrozumieć Ukrzyżowania. Święty Paweł posuwa się do stwierdzenia, że nikt nie może nazywać Jezusa "Panem", jeśli nie czyni tego poprzez Ducha. Oczywiście możemy wypowiedzieć słowo "Jezus", ale nie poznamy, że Jezus jest Chrystusem, Synem Bożym, Zbawicielem świata, Panem wszechświata, jeśli nie objawi nam tego Duch Święty.


Arcybiskup Fulton J. Sheen

26 maja 2012

Gdzie się podziało piekło?

Dawniej wierzyliśmy, że, tak jak nauczał Chrystus, istnieje niebo dla tych, którzy czynią dobro, piekło dla tych, którzy czynią zło i ziemia, która jest miejscem, w którym spędzamy okres próbny. Zaprzeczyliśmy istnieniu nieba, piekła i ziemi i to z różnych powodów. Stwierdziliśmy, że wizja ta ma posmak jakiegoś świata, którego nie da się uzasadnić naukowo. Lecz gdy zaprzeczyliśmy istnieniu piekła, nie znikło ono. Gdzie się zatem podziało? Przeniosło się do wnętrza ludzkich serc. Ludzkie piekło, ze wszystkimi swoimi formami szaleństwa psychicznego, zaczęło się tam rozrastać. Musieliśmy szukać sposobów na wyzwolenie się od tych palących płomieni. Nic dziwnego, że Makbet pytał [lekarza] o swoją żonę:

"Wylecz ją z tego! Nie jesteśli zdolnym 
Poradzić chorym na duszy? Głęboko
Zakorzeniony smutek wyrwać z myśli?
Wygnać zalęgłe w mózgu niepokoje?
I antydotem zapomnienia wyprzeć
Z uciśnionego łona ten tłok, który
Przygniata serce?"

Dlatego właśnie musieliśmy zacząć szukać wszelkich sposobów na osiągnięcie ulgi psychicznej, łącznie z zagłuszaniem sumienia, gdyż piekło zagnieździło się wewnątrz naszych serc i nie mogliśmy już znieść tego piekła. Co zrobiliśmy z piekłem w ciągu ostatnich dziesięciu lub piętnastu lat? Zamieniliśmy je na bomby nuklearne. Filmy wzięły na siebie rolę interpretatorów, tak aby przedstawiane w nich katastrofy, wyroki sądowe, drapacze chmur przemieniające się w inferna, wraki, tragedie, wydarzenia apokaliptyczne i wszystkie temu podobne, okropne zakończenia absorbowały umysły, pozwalając im zapomnieć o kłębowisku węży wijących się w naszych nocnych koszmarach. Ale węży nie da się w ten sposób uspokoić.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

24 maja 2012

Być jak cieśla...

Tragedią dzisiejszych czasów jest to, że tak wiele umysłów boryka się z problemami, nieoczekiwanymi tragediami i katastrofami, dla których nie znajdują one rozwiązania. Katolik nigdy nie jest w podobnej rozterce, gdyż jego filozofia życia i hierarchia wartości ukształtowała się przed powstaniem  danej życiowej trudności.

Różnica między współczesnym poganinem a prawdziwym Katolikiem jest taka, że ten pierwszy napotyka na dziwne drogi bez drogowskazów, podczas gdy Katolik ma mapę, na której wszystkie drogi zostały wytyczone; poganin musi coś zmierzyć, lecz brakuje mu instrumentów pomiarowych, natomiast Katolik ma swoje standardy wartości, którymi może się posłużyć aby poddać coś ocenie.

Katolik jest jak cieśla, który nosi w kieszeni miarę - nie wie on, czy będzie musiał on dokonać pomiaru podłóg, sufitów, psiej budy, pałacu, kina lub kościoła, lecz niezależnie od tego, czy będzie musiał stać czy się pochylać, nigdy nie wyrzuca on swojej miary, nigdy nie postanowi zostać liberałem i nadać stopie długość 13 cali, nie zostanie też reakcjonistą i nie skróci stopy do 11 cali. Stopa dla niego będzie zawsze miała 12 cali, niezależnie od postępowej edukacji.

Współczesny człowiek, dla odmiany, używa zasad moralnych niczym ubrań. Dziś używa jednego zestawu zasad, a jutro użyje innego, podobnie jak przywdziewa on białe spodnie do gry w tenisa, czarny garnitur na kolację, kąpielówki na plażę i nie zakłada nic, gdy wchodzi do wanny. Jego upodobania determinują jego zasady moralne, podczas gdy jego moralne zasady powinny kształtować jego upodobania.



Arcybiskup Fulton J. Sheen

23 maja 2012

Miłość nie jest tolerancją

Chrześcijańska miłość znosi zło, lecz go nie toleruje.
Czyni ona pokutę za grzechy innych, lecz nie jest liberalna w stosunku do grzechu.

Wołanie o tolerancję nie może skłonić chrześcijańskiej miłości do stłumienia w sobie nienawiści wobec diabelskich filozofii, które próbują rywalizować z Prawdą.

Chrześcijańska miłość przebacza grzesznikowi, lecz nienawidzi grzechu; jest ona niemiłosierna wobec błędu w jego umyśle.

Miłość chrześcijańska zawsze na powrót przyjmie grzesznika na łono Mistycznego Ciała; lecz jego kłamstwo nigdy nie zostanie przyjęte do skarbca Jego Mądrości.

Prawdziwa miłość pociąga za sobą prawdziwą nienawiść:
Ktokolwiek utracił zdolność moralnego zgorszenia i pragnienie wypędzenia kupców ze świątyń, utracił również żywe, żarliwe umiłowanie Prawdy.



Miłość chrześcijańska nie jest zatem łagodną filozofią o nazwie "żyj i pozwól żyć";
nie jest ona rodzajem ckliwego sentymentu.

Miłość chrześcijańska jest natchnieniem Ducha Bożego,
która każe nam miłować piękno i nienawidzić brzydoty moralnej.

Arcybiskup Fulton J. Sheen

22 maja 2012

Wiadomość, która jeszcze nie wyciekła

Gdyby podstawą Chrześcijaństwa było cokolwiek innego niż Bóg, który wyszedł z grobu, nie byłoby dla nas nadziei. Gdyby odniósł On światowy sukces, musielibyśmy Go naśladować w Jego światowości. Gdyby Jego życie okazało się porażką, z której nigdy by się nie podniósł, stalibyśmy się mścicielami obwiniającymi Żydów, Rzymian i Greków, gdyż oni symbolizowali świat, który Go ukrzyżował. Gdyby był tylko człowiekiem, zostałby zapomniany, podobnie jak wszyscy inni ludzie popadający w zapomnienie. Gdyby napisał książkę, wszyscy musielibyśmy zostać profesorami, ale ponieważ przyszedł On na ten świat, aby z porażki uczynić zwycięstwo, możemy być pewni, że im bardziej beznadziejna jest dana sytuacja, z tym większą siłą działa Boska Moc. 


Nie wiemy, jak długo potrwa ten konflikt pomiędzy dobrem a złem; nie wiemy, jak długo będziemy musieli opłakiwać prześladowania i ukrzyżowania ludzi, zanim objawi On nam Swoją Obecność; nie wiemy jak długo będziemy szukać żywego wśród zmarłych, jak czyniła to Maria Magdalena; nie wiemy, jak długo będziemy trwożnie kulić się za zamkniętymi drzwiami, zanim przeniknie przez nie Światłość świata ze swoimi słowami: "Pokój wam". Jest tylko jedna rzecz, którą wiemy - MY JUŻ ZWYCIĘŻYLIŚMY - tyle, że wieść o tym jeszcze nie wyciekła!


Arcybiskup Fulton J. Sheen


Źródło: "Our Grounds for Hope. Enduring Words of Comfort and Assurance", 2000r., str. 74-76.

21 maja 2012

Gdy wypieramy się naszych grzechów (część 2)

Drodzy przyjaciele, dawniej ludzie próbowali uciekać od przyznawania się do grzechu obwiniając kapitalizm, komunizm, brak kiosków sprzedających napoje bezalkoholowe i nieposłuszne hormony. Obecnie rodzi się nowa psychologia, która obwinia nieświadomość, biednego starego Edypa lub pomarszczoną Elektrę. Twierdzi się, że winę należy przypisać tej części z nas, za którą nie jesteśmy odpowiedzialni, a mianowicie nieświadomości. 

Ci eskapiści, którzy wypierają się własnej winy, chcą postrzegać wszystkich ludzi jako "miłych ludzi" w tym sensie, że są oni niby bez grzechu i bez winy. Jednym magicznym pociągnięciem ci eskapiści oczyścili świat ze "wstrętnych ludzi", tutaj rozumianych jako grzeszników. 

Owi "mili ludzie", zgodnie z opinią eskapistów, są być może chorzy, ale nie są "grzesznikami". Zamierzam bronić tezy przeciwnej, zgodnie z którą wzrost ilości przypadków psychozy, neurozy i innych zaburzeń psychicznych spowodowany jest tym, że zbyt wielu ludzi myśli o sobie, że są "mili" lub bezgrzeszni. Ponadto, istniałaby o wiele większa nadzieja dla owych "miłych ludzi", gdyby zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, że wcale nie są mili, a może wręcz są wstrętni; pod słowem "wstrętni" rozumiemy tutaj "odpowiedzialni za swoją winę". 

Nigdy nie wypieraj się swojej winy; wypieranie się jej ma pięć poważnych skutków dla twojej duszy: 

  1. Niszczy ono charakter, gdyż eliminuje odpowiedzialność i - co za tym idzie - wolność.
  2. Sprawia, że wybaczenie jest niemożliwe, gdyż zaprzeczasz, że istnieje grzech, który musi zostać wybaczony.
  3. Wypieranie się własnej winy zmienia ludzi w łowców sensacji, plotkarzy i gwałtownych rewolucjonistów, gdyż sprawia, iż przenoszą oni swoją winę na innych, aby uciec od własnych wyrzutów sumienia. 
  4. Wypieranie się własnej winy prowadzi do większego grzechu, gdyż twoje sumienie staje się coraz bardziej obojętne, a cnota - coraz bardziej odpychająca.
  5. Wreszcie, wypieranie się własnej winy prowadzi do rozpaczy, która przekształca się w fanatyzm skierowany przeciw religii i moralności, nienawiść wobec których jest pewnym dowodem winy.
Mówiąc krótko, główną przyczyną tragedii współczesnej duszy jest to, że wypiera się ona własnej winy, uniemożliwiając przez to nie tylko otrzymanie wybaczenia, ale również pokoju płynącego z pogodzenia się z Bogiem, który jest Miłością. 


Najgorszą rzeczą na świecie nie jest grzech, lecz wyparcie się grzechu; jest to grzech niewybaczalny. Jeśli ślepy zaprzecza, że jest ślepy, jakże mógłby on przejrzeć?
Ponieważ grzech jest zerwaniem więzi z Boską Miłością, wynika z tego, że nie może on być leczony wyłącznie za pomocą psychologii. Nie wystarczy zanalizować grzech, żeby go wyleczyć. Z tego, że dentysta uczy się, iż próchnica zębów powstaje na skutek jedzenia cukierków, nie wynika, że ząb natychmiast wyzdrowieje. To, że kopiąc wokół dębu znajdziemy zgniły żołądź, z którego ów dąb wyrósł, nie wyjaśnia istnienia samego drzewa. Grzech może zostać uleczony wyłącznie poprzez odnowienie przyjaźni z Bogiem. 

Nie jest również prawdą, że świadomość grzechu wywołuje kompleks winy i grozi popadnięciem w chorobę psychiczną. Czy dziecko, które chodzi do szkoły, rozwija w sobie kompleks ignorancji? Czy chory, który idzie do lekarza, rozwija w sobie kompleks choroby? Uczeń koncentruje się nie na swojej ignorancji, lecz na mądrości i wiedzy nauczyciela; chory nie koncentruje się na swojej chorobie, lecz na zdolnościach leczniczych lekarza, a grzesznik koncentruje się nie na swojej winie, lecz na zbawczej mocy Boskiego Medyka. 

Nie istnieje żaden dowód na to, że świadomość grzechu może wpędzić człowieka w chorobę (psychiczną). Nazywać eskapistą duszę, która prosi Boga o wybaczenie, to tak jakby nazwać eskapistą człowieka, którego dom płonie, tylko dlatego, że wezwał on straż pożarną. 

Najbardziej wyrafinowaną formą pychy, najbardziej niegodziwą formą eskapizmu jest powstrzymywanie się od rachunku sumienia, tak aby przypadkiem nie odkryć w nim grzechu. 



Nie istnieje człowiek, który wypiera się własnej winy i jest człowiekiem szczęśliwym; nie istnieje też człowiek, który - uznawszy swoją grzeszność, uzyskawszy przebaczenie i żyjąc w miłości Bożej - jest człowiekiem nieszczęśliwym. 

Poczucie moralnej niegodności nigdy nie uczyniło duszy smutną; dusze są smutne i sfrustrowane z powodu nadmiernej miłości własnej. Nie ma dla ciebie nadziei, jeśli myślisz, że jesteś miłą osobą, lecz istnieje wielka nadzieja dla ciebie, jeśli wiesz, że jesteś "wstrętny". Nie daj się oszukać owym seksuologom i eskapistom, którzy nie chcą stawić czoła faktowi osobistej winy. Poświęć godzinę czasu dziennie na modlitwę, rozmyślania i na wysłuchanie Mszy świętej. Bądź na tyle odważny, by nieustannie stawiać czoła samemu sobie, pokładając ufność w Bogu. 








Im większa będzie twoja świadomość twej własnej marności, tym łatwiej przyjdzie ci zaufać dobroci i Miłosierdziu Boga. Jakże Bóg mógłby okazać Miłosierdzie, gdyby nie było marności? Bóg byłby nieskończoną Dobrocią nawet gdyby nie stworzył świata, lecz gdyby nie istnieli "wstrętni" ludzie tacy jak ja, nigdy nie mógłby On okazać Swojego słodkiego Miłosierdzia.


Arcybiskup Fulton J. Sheen

20 maja 2012

Gdy wypieramy się naszych grzechów (część 1)

Jest to historia o pewnej dziewczynie. Na plebanię przyszły dwie małe dziewczynki i poprosiły, żebym natychmiast poszedł do pewnego domu nad rzeką Hudson. Powiedziały:

„Kitty umiera”.


„Kto to jest Kitty?”


Powiedziały: „Nie wie ksiądz, kim jest Kitty? Każdy zna Kitty”.


Zapytałem, na co jest chora, a one odpowiedziały: „Ona umiera”.


Wziąłem ze sobą Najświętszy Sakrament i Święte Oleje. Wspiąłem się na piąte piętro do najbrudniejszego pokoju, w jakim kiedykolwiek byłem. Mięso, tłuszcz, papiery, szmaty, wszystko to walało się na podłodze. W rogu pokoju, w barłogu leżała młoda dziewczyna. Była bardzo chora.


„Czy to ty jesteś Kitty?”


“Tak, każdy mnie zna”.


“Kitty, czy chciałabyś pogodzić się z miłosiernym Panem?”


„Nie, ponieważ jestem najgorszą dziewczyną w Nowym Jorku”.


„Nie” – powiedziałem – „nie jesteś najgorszą dziewczyną w Nowym Jorku, ponieważ najgorsza dziewczyna w Nowym Jorku powiedziałaby, że jest najlepszą dziewczyną w Nowym Jorku.”


Prosiłem i błagałem ją, aby przystąpiła do Spowiedzi świętej, a ona odpowiedziała: „Nie, nie mogę, jestem zbyt zepsuta.”


Powiedziała: „Niech ksiądz spojrzy na moje ramiona, są całe w siniakach. Mój mąż to zrobił. Nie zarabiam wystarczająco dużo na ulicy i on mnie za to bije. Teraz mnie otruł i umieram od tej trucizny.”


Zacząłem recytować dla niej przypowieści Chrystusa i w końcu się wyspowiadała. Lecz nie namaściłem jej, gdyż zbyt długo trwało przekonywanie jej o Boskim Miłosierdziu i trucizna zdążyła zaatakować jej mózg. Gdy to się stało, zaczęło się jej wydawać, że traci ona swoje zewnętrzne organy.


Mówiła ona na przykład: „Matko, oto moje ucho, zachowaj je, gdy umrę”.


W jej pokoju znajdowała się inna dziewczyna. Kitty błagała ją:


„Anno, to jest moje oko. A to jest mój język. Weź je sobie”.


Zdałem sobie sprawę, że Kitty mówiła poważnie, z pełną świadomością. Namaściłem ją i natychmiast jej stan się poprawił. Następnie powiedziałem:


„Obawiam się, Kitty, że właśnie powróciłaś do tego świata”.


„Tak, wróciłam, aby udowodnić, że mogę się poprawić” – odpowiedziała.


I została ona apostołką wśród tych samych ludzi, z którymi uprzednio pracowała na ulicy. I gdy słuchałem Spowiedzi w sobotnie wieczory, słyszałem często przez kraty konfesjonału:


“Proszę księdza, jestem tą dziewczyną, o której mówiła księdzu Kitty.”


„Proszę księdza, jestem tym chłopakiem, o którym mówiła księdzu Kitty.”


Pewnego wieczora Kitty przyszła na plebanię i powiedziała:


“Jest ze mną dziewczyna, która popełniła morderstwo”.


„Gdzie ona jest?”


„Jest w kościele”.


„Nie, kościół jest zamknięty” – powiedziałem.


„W takim razie siedzi ona na schodach po drugiej stronie ulicy”.


Podszedłem do drzwi i przywołałem ją. Kilka chwil później wyspowiadała się. 


W taki oto sposób Kitty praktykowała apostolat Miłosierdzia po tym, jak Bóg wybaczył jej samej.


Wszyscy możemy czerpać z tego Miłosierdzia. Jesteśmy najszczęśliwszymi ludźmi na świecie, gdyż gdy jesteśmy obciążeni, możemy pójść do dobrego Pana i otrzymać zewnętrzny znak, który jest tak bardzo potrzebny. Zewnętrzny znak tego, że nasze grzechy zostały nam odpuszczone.


Grzech nie jest najgorszą rzeczą na świecie. Najgorszą rzeczą na świecie jest wyparcie się grzechu.


Jeśli jestem ślepy i zaprzeczam, że istnieje coś takiego jak światło, czy kiedykolwiek przejrzę? Jeśli jestem głuchy i zaprzeczam, że istnieje takie coś jak dźwięk, czy kiedykolwiek będę słyszał? I jeśli zaprzeczam, że jestem grzesznikiem, czy kiedykolwiek uzyskam przebaczenie?


Zatem czymś gorszym niż grzech jest wyparcie się grzechu i jest to postawa wielu współczesnych ludzi.


Jeśli twoja dusza jest obciążona, zanieś ją do Pana w sakramencie Spowiedzi świętej. On za ciebie umarł. On ci wybaczy. 


I podobnie jak nie istnieje nic bardziej odświeżającego niż dobra kąpiel, tak nie istnieje nic bardziej odświeżającego duchowo niż odpuszczenie grzechów. Najpiękniejszym aspektem odpuszczenia grzechów jest to, że możemy zacząć wszystko od nowa.


Miłosierdzie Pańskie nie ma granic, lecz musimy pokładać w Nim ufność. Na pocieszenie zostawię wam tę oto myśl: Gdybyście nigdy nie zgrzeszyli, nie moglibyście nazywać Jezusa Zbawicielem.


Arcybiskup Fulton J. Sheen

19 maja 2012

Świat, który się zmienił


Młodszym z was z ogromną trudnością przyjdzie uwierzyć, że wasi rodzice żyli w czasach, w których nie trzeba było zabezpieczać rowerów zamkami bezpieczeństwa, w których zostawiano na noc drzwi niezamknięte na klucz, a każdy mógł chodzić ulicami większego miasta nie ryzykując, że zostanie napadnięty lub zaatakowany. Były to czasy pokoju. Nigdy ich nie doświadczyliście. Prawdopodobnie trudno jest wam uwierzyć, że taka kiedyś była Ameryka.


Skąd się wzięła tak wielka zmiana w Ameryce? Skąd wzięło się nagle tak wiele nieuczciwości?


Pozwólcie, że opowiem wam historię o nieuczciwości. Zatrzymałem się kiedyś w jednym z dużych hoteli w tym kraju. Kierownik hotelu powiedział mi, że odkrył, iż jedna z kasjerek kradła pieniądze. Ta kobieta miała spódnicę z wielką kieszenią i gdy stała nieopodal szuflady, brała banknoty i chowała je do kieszeni.


Złapali ją na gorącym uczynku i zwolnili ją. Związki zawodowe oznajmiły hotelowi: „Nie wolno wam jej zwolnić. Jeśli ją zwolnicie, zwołamy strajk i wszyscy pracownicy hotelu przestaną pracować”.


Sprawa toczyła się w sądzie przez trzy miesiące. Związki zawodowe wygrały. Hotel musiał na nowo zatrudnić tę dziewczynę. Czy wiecie, jaki argument okazał się rozstrzygający? Związki zawodowe stwierdziły, że kierownik hotelu nigdy nie powiedział tej dziewczynie, że kradzież jest czymś złym.


Kierownictwo hotelu przyznało, że nigdy nie powiedziało tej dziewczynie, iż kradzież jest czymś złym. Zatem [śmiech] skąd miała to wiedzieć?


Widzicie zatem, jak bardzo świat się zmienił. W jaki sposób? Co spowodowało tę zmianę? Zmienił się, gdyż nie chcemy, aby ktokolwiek nas ograniczał.


Na pewno słyszeliście popularną piosenkę: “Muszę być sobą”. Większość z was sama ją nuciła. „Muszę być wolny”. Nie chcecie ograniczeń, granic, limitów. “Muszę robić to, co chcę robić”.


Zastanówmy się nad tymi słowami. Czy to jest szczęście? “Muszę być sobą. Muszę mieć swoją tożsamość”. Czy grasz w zespole koszykówki lub w zespole futbolowym? Nie możesz być sobą; musisz żyć dla drużyny.


Trener drużyny futbolowej Oakland Raiders, John Madden, spytał mnie pewnego dnia:


“Co się stało z naszymi szkołami katolickimi? Mam u siebie chłopców z katolickich college’ów, którzy przyszli do mojej drużyny i mówią: Chcę to zrobić po swojemu. Jak mam tworzyć drużynę futbolową, jeśli każdy chce wszystko robić po swojemu?


Drużyna oznacza robienie czegoś według tego, co mówi inna osoba. Ale my nie chcemy limitów, nie chcemy ograniczeń.


Przypuśćmy, podam teraz bardzo dosadny przykład, przypuśćmy, że wasi rodzice nigdy nie nauczyli was korzystać z nocnika. Zastanówcie się nad tym. Robilibyście to po swojemu. Zdarzyłyby się dwie rzeczy. Dzisiaj nienawidzilibyście swoich rodziców za to, że was tego nie nauczyli i znienawidzilibyście samych siebie. Zatem jesteście tymi, kim jesteście, ponieważ wasi rodzice chwycili was i powiedzieli: “Nauczymy cię korzystać z nocnika”. Nie pozwolili wam robić tego po swojemu.


Jeśli zatem wszystko, co do tej pory powiedziałem, jest jasne, żyjecie w epoce, w której wolność opisywana jest jako prawo, prawo do robienia wszystkiego, na co macie ochotę. Ale to jest chaos.


Gdyby każdy robił to, na co ma ochotę, prowadził samochód tak, jak ma ochotę, mielibyśmy zamieszanie na ulicach. Oczywiście możesz robić to, na co masz ochotę, możesz wypchać materac swojej ciotki starymi żyletkami. Możesz strzelać z broni maszynowej do kurczaków twojego sąsiada. Ale wtedy wolność staje się tylko siłą fizyczną. I najbardziej wolny jest wtedy ten, kto jest najsilniejszy.


Zatem świat się zmienił. Mieliśmy prawa. Mieliśmy posłuszeństwo. Mieliśmy karność. Dzisiaj nie ma ograniczeń, nie ma limitów. I wcale nie jesteście szczęśliwi dzięki temu. 


Arcybiskup Fulton J. Sheen

18 maja 2012

Wybory, których dokonujemy (część 2)


Jechałem z Brukseli do Paryża, aby wygłosić tam kazanie w drugą niedzielę lutego. 


Zatrzymałem się w małym hoteliku. W sąsiednim pokoju pewien Anglik grał na pianinie. Grał bardzo dobrze. Skomplementowałem jego grę i spytałem, czy nie chciałby pójść ze mną na kolację. Odpowiedział: „Jeszcze nigdy nie rozmawiałem z księdzem”.


„Jesteśmy takimi samymi ludźmi jak wszyscy inni. Jeśli ukłujesz mnie szpilką, ja również podskoczę z bólu.”


Usiedliśmy przy stole w niewielkiej restauracji. Wtedy powiedział: „Czy ksiądz wie, że jeszcze nigdy przedtem nie spotkałem w życiu dobrego człowieka?”


Podziękowałem mu za ten komplement, a on kontynuował.


„Rok temu, jedenastego lutego, przy tamtym stole siedziała pewna kobieta i próbowała rozbić kostkę cukru w kubku z kawą. Nie udawało się to jej, więc podszedłem do niej i rozbiłem jej tę kostkę cukru, a ona opowiedziała mi o tym, jak podły był dla niej jej mąż. Powiedziałem jej, aby zamieszkała ze mną. Zrobiła to, a teraz, pod dwunastu miesiącach, jestem tym wszystkim znużony”.


Mówił dalej: „Dziś rano spakowałem wszystkie jej rzeczy i zostawiłem je w recepcji. Ona, uprzedzając mój krok, wręczyła mi tę kartkę”.


Kochanie, jeśli nie zgodzisz się, abyśmy nadal mieszkali razem, aż do naszej rocznicy 11 lutego, popełnię samobójstwo rzucając się do Sekwany.”


„Proszę księdza, czy mam jej pozwolić mieszkać ze mną, aby zapobiec jej samobójstwu?”


“Nie”, powiedziałem, “Nie wolno ci czynić zła, aby mogło z niego powstać dobro. Poza tym nie popełni ona samobójstwa.”


Działo się to o jedenastej w nocy. Powiedział: „Odprowadzę księdza do hotelu”.


„Nie wracam do hotelu. Idę na wzgórze Montmartre” – odparłem.


„Już zaczynałem myśleć, że ksiądz jest w porządku, a teraz ksiądz mi mówi, że idzie do tej jaskini rozpusty?”


„Na Montmartre znajduje się coś jeszcze oprócz knajp” – odparłem – „stoi tam wielka bazylika, Bazylika Najświętszego Serca Pana Jezusa. I każdej nocy od ponad pięćdziesięciu lat około tysiąca ludzi modli się tam przez całą noc”.


Nakłoniłem go, by poszedł ze mną. Spytał: „Na jak długo?”


Powiedziałem: „Wyjdę stamtąd gdy ty będziesz chciał wyjść, choć osobiście zamierzam spędzić tam całą noc.”


Pozostał w Bazylice aż do momentu, w którym słońce wzeszło nad Paryżem, a ja odprawiłem Mszę świętą.

Gdy schodziliśmy ze wzgórza Montmartre, spytał mnie: „Czy zostanie ksiądz w Paryżu i nauczy mnie jak być dobrym człowiekiem? Po raz pierwszy w życiu dotknąłem Dobra”.


Zgodziłem się spotkać z nim na dziedzińcu jego domu o ósmej wieczorem. Przyszedł z kobietą, inną niż ta, o której opowiedział mi poprzedniego wieczoru. I powiedział: „Pójdziemy razem, we troje, na kolację”.


Odpowiedziałem: “Nie, to nie jest spotkanie towarzyskie. Musisz dokonać wyboru. Albo pójdziesz z tą kobietą, albo zostaniesz ze mną”.


Kilka razy przemierzył szybkim krokiem dziedziniec, wreszcie podszedł do mnie i powiedział:


„Proszę księdza, chyba jednak pójdę z nią”.


To już koniec tej opowieści. Dokonał wyboru po tym, jak otrzymał wielką łaskę.


Proszę Boga, aby ten człowiek przed śmiercią przypomniał sobie tę noc na Montmartre. Wybrał on bowiem zło.


Arcybiskup Fulton J. Sheen

17 maja 2012

Wybory, których dokonujemy (część 1)

Tematem naszych dzisiejszych rozważań będą wybory, których dokonujemy. Spróbuję przybliżyć wam kwestię najważniejszego wyboru, jaki stoi przed nami - wyboru naszego wiecznego przeznaczenia. Zacznę od przykładu takiego wyboru, gdyż każdego dnia musimy na nowo dokonywać wyboru między niebem a piekłem. Lecz zdarzają się wielkie chwile, w których podejmujemy decyzje odnośnie do całego przyszłego życia. Jedna z moich opowieści pochodzi z Londynu, a druga z Paryża. Obie zaś pochodzą z moich własnych doświadczeń.  


W ciągu mojego życia spędziłem w sumie siedem lub osiem lat w pewnej londyńskiej parafii w dzielnicy Soho. Pewnego poranka otwierałem drzwi kościoła. Był to zimny styczniowy poranek spowity ciężką londyńską mgłą. Do środka kościoła wpadła bezwładna postać, młoda kobieta.


Spytałem: "Skąd się tu wzięłaś?"


"Gdzie jestem, proszę Księdza?"


"Och, nazwałaś mnie księdzem?"


"Tak" - odpowiedziała - "byłam kiedyś katoliczką, lecz już nią nie jestem"


"Upiłaś się!"


"Tak" - odrzekła - "upiłam się."

"Ale" - powiedziałem - "mężczyźni piją, ponieważ lubią alkohol, natomiast kobiety piją, ponieważ nie lubią czegoś innego. Przed czym uciekasz?"



"Przed trzema mężczyznami" - odpowiedziała - "zakochałam się w każdym z nich jednocześnie i zaczynają się tego domyślać, więc się upiłam."


"Jak masz na imię?"


I wskazując na plakat który wisiał naprzeciw kościoła na ścianie budynku firmy Cross and Blackwell Jam, spytałem: "Czy to jest twoje zdjęcie?"


"Tak, gram główną rolę kobiecą w tej komedii muzycznej."

Przygotowałem dla niej kubek kawy, gdyż była przemarznięta po całej nocy spędzonej na dworze. Powiedziała: "dziękuję".

"Nie dziękuj teraz, wróć tu po południu i wtedy mi podziękujesz" - poprosiłem.



Powiedziała: "Wrócę pod jednym warunkiem. Nie poprosi mnie ksiądz o to, abym przystąpiła do Spowiedzi".

"Bardzo dobrze" - odrzekłem - "nie poproszę cię, żebyś przystąpiła do Spowiedzi".

"Chcę, aby ksiądz mi wiernie przyrzekł, że nie poprosi mnie ksiądz, abym przystąpiła do Spowiedzi" - powiedziała.

"Przyrzekam ci wiernie, że nie poproszę cię, abyś przystąpiła do Spowiedzi" - odparłem.



Wróciła tego popołudnia. Powiedziałem do niej: "Mamy dwa cenne obrazy w tym kościele. Czy chciałabyś je zobaczyć?"


Gdy prowadziłem ją boczną nawą kościoła, wepchnąłem ją do konfesjonału. Zawszę dotrzymuję obietnic.

Dwa lata później wręczałem jej welon zakonny w klasztorze Sióstr Wieczystej Adoracji, w którym przebywa ona po dziś dzień. 



Zatem tamtego zimnego poranka dane jej było dokonać innego wyboru i był to wybór dobrej drogi. Jest to wybór, którego dokonuje każdy z nas.


Arcybiskup Fulton J. Sheen

16 maja 2012

Atlas i Chrystus

Naprzeciwko katedry św. Patryka w Nowym Jorku stoi olbrzymi posąg Atlasa, uginającego się, jęczącego i stękającego pod ciężarem świata. Oto współczesny człowiek. "Ten świat to za dużo dla nas, starych i młodych". Świat jest dla niego za ciężki i człowiek załamuje się pod nim, próbując, niczym głupiutkie dziecko, udźwignąć go samemu, bez pomocy łaski i wiary pochodzącej od Boga.




Innym obrazem, który widzę, jest wizerunek Boga-Człowieka w Wielki Piątek, niosącego Krzyż, biorącego na Siebie ciężary innych i pokazującego nam, że ofiara za grzech, bezinteresowność oraz miłość Boga i bliźniego mogą odmienić świat.


Nikt nie odejdzie z tego świata nie dźwigając jakiegoś ciężaru. Atlas nigdy nie uwolni się od ciężaru świata, lecz Człowiek, Który Dźwigał Krzyż, uwolni się spod jego ciężaru, gdyż Krzyż prowadzi do Zmartwychwstania i do korony w Życiu Wiecznym. Oto jest wybór, przed którym stajemy: albo będziemy próbować zrewolucjonizować świat i załamiemy się pod jego ciężarem, albo zrewolucjonizujemy samych siebie i odmienimy świat.


Arcybiskup Fulton J. Sheen


Źródło: "Our Grounds for Hope. Enduring Words of Comfort and Assurance", 2000r., str. 56.

11 maja 2012

Pośmiertni przyjaciele

Gdy w Wielki Piątek nasz Zbawiciel oddał ducha Swojemu Niebieskiemu Ojcu i gdy był zimny, jak wszyscy martwi ludzie, jego przyjaciele, którzy uprzednio zamknęli się w swoich domach oraz anonimowi czciciele, którzy dotąd pozostawali w ukryciu, zaczęli stopniowo się pojawiać. Nie było ich z Nim w chwilach Jego agonii, gdy ich potrzebował, lecz trwali przy nim w Jego Śmierci, plotąc wieńce nagrobne, roniąc lśniące łzy i wychwalając Zmarłego. Jednym z tych przyjaciół był Józef z Arymatei, który - miłując potajemnie Zbawiciela - nie był wystarczająco odważny, aby wyznać to za Jego życia. Pragnął on teraz zmniejszyć swoje wyrzuty sumienia ofiarując swój grób dla straconego Przyjaciela. Ten zamożny członek Sanhedrynu udał się śmiało do Piłata i poprosił go o Ciało Jezusa. Celem Józefa było uchronić naszego Pana od haniebnego pochówku, np. od wrzucenia Go na wysypisko śmieci, na które wrzucane były ciała przestępców, a czasem nawet podpalane. 


Piłat zaskoczony był tym, że nasz Pan już nie żył i wysłał centuriona, który miał oficjalnie stwierdzić Jego Śmierć. Usłyszawszy relację centuriona, Piłat spełnił prośbę Józefa z Arymatei. Józef powrócił więc na Golgotę, zdjął Jezusa z Krzyża, zawinął Go w uprzednio nabyty całun i złożyli Go w grobie wykutym w skale. Jedynie grób nieznajomego okazał się być odpowiednim dla tego, który nie zna Śmierci. 


Arcybiskup Fulton J. Sheen


Źródło: "Our Grounds for Hope. Enduring Words of Comfort and Assurance", 2000r., str. 36-37.

8 maja 2012

Czy ból jest marnotrawstwem?

W każdym z nas istnieje prawdziwa osoba i jej cień. Cień naszego ja szuka wyłącznie przyjemności i realizacji własnych pragnień. Im dalej za naszymi plecami znajduje się słońce, tym bardziej wydłuża się nasz cień. 


Każdy ból cierpliwie znoszony, każdy cios, który nas spotyka, kształtuje prawdziwą, wieczną osobę. To Ukrzyżowanie naszego Zbawiciela przygotowało drogę do Jego Zmartwychwstania i Chwały. 


Jeśli żyjesz dla Chrystusa, nawet najmniejszy moment twojego życia nie idzie na marne. Czyż matka często nie zaczyna odkładać stosownych prezentów ślubnych lub nawet posagu dla swojej córki na długo zanim spotka ona swoją miłość? Mimo iż nie zdajesz sobie z tego sprawy, nasz Pan zajmuje się tkaniem twoich niebiańskich szat na uroczystość niebiańskich zaślubin. Czyni On to w chwilach, które wydają się tak bardzo pozbawione miłości. 


Nie możesz ujrzeć całości Boskiego planu, jaki przygotował On dla ciebie. Gdy kołyszesz się w swojej ciasnej kajucie cierpienia, przed tobą znajdują się niezmierzone oceany, lecz Boski Pilot prowadzi cię do portu. 


Gdy otrzymujesz Komunię świętą, jednoczysz się z Życiem Chrystusa. On żyje w tobie, a ty w Nim, lecz jesteś również włączony w Jego Śmierć. Święty Paweł mówi, że za każdym razem, gdy przyjmujemy Ciało Chrystusa, głosimy Śmierć Pańską, aż przyjdzie. 


Pomyśl o tłumach, które tłoczyły się wokół naszego Pana, gdy przebywał na ziemi; łaknęły one uzdrowienia, nauczania, nakarmienia lub zachwycenia cudami, które czynił. Czasami raniło to Jego Najświętsze Serce i mówił: "Podążacie za Mną, albowiem zjedliście i zostaliście nasyceni". Jaką radością było dla Niego znaleźć w tłumie jedną lub dwie osoby, które podążały za Nim po prostu dlatego, że Go kochały, a nie dlatego, że czegoś od Niego chciały. Gdy syn marnotrawny opuszczał dom, powiedział: "Daj mi". Gdy wrócił do domu jako smutny, lecz o wiele mądrzejszy młodzieniec, powiedział: "Uczyń mnie".  Bóg również ma swoich "poszukiwaczy złota" - tych, którzy pragną więcej złota zmieszanego ze stopem ziemi. Niewielu ofiaruje Mu złoto swojego życia, aby mógł On włożyć je do tygla cierpienia i wypalić z niego stop grzechu i niedoskonałości. 

Arcybiskup Fulton J. Sheen


Źródło: "Our Grounds for Hope. Enduring Words of Comfort and Assurance", 2000r., str. 36-37.

2 maja 2012

Tam, gdzie panuje prześladowanie

Żyjemy w okresie historii przypominającym ten, w którym w Rzymskim Imperium na tronie Cezarów zasiadał Julian Apostata. Prześladowanie Chrystusa, którego był inicjatorem, nie przypominało wcześniejszych prześladowań stymulowanych przez instynkty barbarzyńskie, lecz było spowodowane zepsuciem i utratą wiary w Chrystusa. Podobnie jak jego następcy we współczesnym świecie, Julian prześladował, gdyż utracił swą wiarę - i ponieważ sumienie nie dawało mu spokoju, on nie dawał spokoju Kościołowi.


Odbył on podróż wokół Rzymskiego Imperium, aby zbadać, czy jego prześladowania odniosły sukces. Przybył do starożytnej Antiochii, gdzie w przebraniu odwiedzał gospody, tawerny i rynki, aby lepiej przyjrzeć się owocom swojej nienawiści. Jednego dnia, gdy przyglądał się tysiącom ludzi tłoczącym się ku wejściu do świątyni bożka Mitry, został on rozpoznany przez swojego dawnego, chrześcijańskiego przyjaciela o imieniu Agaton. Wskazując na tłum i na pozorny sukces kultu pogańskiego, Julian rzekł do przyjaciela: "Agatonie, co się stało temu cieśli z Galilei - czy ma on obecnie coś do roboty?" Agaton odpowiedział: "Przygotowuje on właśnie trumnę dla Imperium Rzymskiego - i dla ciebie." 


Sześć miesięcy później Julian wbił sobie sztylet w serce. Następnie, rzucając ów sztylet w kierunku Nieba, przeciw któremu się zbuntował, gdy jego własna, nieodkupieńcza krew spadała na niego, wyjęknął swoje ostatnie i najsłynniejsze słowa: "Galilejczyku, zwyciężyłeś." On zawsze zwycięża!


Arcybiskup Fulton J. Sheen


Źródło: "Our Grounds for Hope. Enduring Words of Comfort and Assurance", 2000r., str. 44-45.